piątek, 9 lipca 2010

Panowie kochajmy ... logikę



Czy nasz mózg tworzy rzeczywistość?
I tak i nie. Wiemy, że potrafi nam nieźle namieszać interpretując dane, tworząc np. efekty 3D w popularnych ostatnio filmach, a jednak nie wątpimy nadmiernie w to co widzimy lub odczuwamy mimo niedoskonałości zarówno naszych sensorów jak i CPU. Są jednak sytuacje, w których nawet poważni naukowcy przejawiają zdziwiającą niechęć do zastosowania zasad najprostszej wydawałoby się logiki.
Siedzę sobie na kanapie i zanurzam palec w szklance z wodą, czuję, że jest mokra, chłodna itp. Gdybym przypiął się do jakiejś machiny generujacej impulsy stymulujace bezpośrednio jakies określone obszary w mózgu mógłbym wywołac ten sam efekt bez szklanki wody lub mógłbym zablokować impuls. Jednak na codzień nie bywamy przypięci do maszyn (chyba? zawsze jeszcze pozostaje wizja marixa).
Korzystamy ze stymulacji, której dostarcza nam to co uznajemy za rzeczywistość. Jest ona pewną inersubiektywną przestrzenią, w której, jak sie zdaje, w znacznym stopniu podobni do siebie ludzie w podobny sopsób odbierają i interpretują bodźce. Badanie tego jak reagujemy na bodźce pokazuje nam jakie obszary PRZETWARZAJĄ dane. Sny ale także np. pamięć, wnioskowanie, wyobraźnia oraz wiele innych wskazują na to, że mózg jest w stanie wygenerować bodźce, które nie mają źródła w sensorach naszych zmysów. I tu właśnie pojawi się problem o którym chce napisać.
Jeśli podepnę się do maszyny badającej aktywność mózgu i zacznę powiedzmy wspominać jakieś ważne dla mnie chwile życia, mój procesor będzie aktywny w różnych obszarach, emocjonalność i sugestywność tych wizji będzie wpłwać na intensywność jego pracy. Myślenie jest więc źródłem bodźców w stopniu podobnym do rzeczywistości, tyle że świat myśli nie będzie już rzeczywistością intersubiektywną, ale czy nie jest nią wcale?
Nikt chyba nie zaprzeczy, że myślenie w najprostszej postaci wnioskowania jest TAKIM SAMYM źródłem poznania jak postrzeganie zmysłowe. Więcej nawet - bez kojarzenia spostrzeżeń nie ma w ogóle mowy o poznaniu. Rzeczywistość zewnętrzna byłaby całkowicie niepoznawalna bez systemu kojarzenia. Bodźce jakie wytwarza mózg są potrzebne do tego żeby wiedzieć cokolwiek o otaczającej nas przestrzeni. Dlatego też uczymy się niemal od urodzenia pokładania pewnego zaufania w tym co nam nasza głowa pokazuje jako wynik kalkulacji. Ergo - to czego nie widać, to czego nie da się tak do końca zmierzyć, procesy zachodzące wewnątrz naszego umysłu są częścią rzeczywistości.
Powoli zbliżamy się do zasadniczego problemu - jeśli nasze doświadczenia nie mają charakteru intersubiektywnego to czy mogą rzeczywiste tak jak rzeczywisty jest przysłowiowy kamień?
Popatrzmy najpierw na przykład negatywny - wszyscy ulegamy złudzeniom optycznym, patrzymy na jakiś spreparowny obraz, a nasze mózgi generują coś czego nie ma ale ... no własnie to jest doświadczenie jak najbardziej intersubiektywne, powtarzalne. Wniosek - to ze wszyscy coś widzą, nie znaczy że to coś, jest takim jak to widzą. intersubiektywność nie przesądza o realności, a jedynie ją uprawdopodabnia.
Odwóćmy sytuację - jeśli coś widze ja, a poza mną nikt inny, to czy znaczy to że tego nie ma? No i doszlismy do sedna. Zwidy, iluzje, wizje, halucynacje takim mianem określa się te doświadczenia, które zdają się nie mieć odniesienia w rzeczywistości. Tu własnie pojawia się logiczna nieciągłość wynikająca z przemożnej chęci już to potwierdzenia już to zaprzeczenia czmuś co budzi nieodmiennie kontrowersje. Istnienie intersubiektywnych zjawisk nie majacych charakteru rzeczywistego pokazuje nam, że nie zawsze jest tak jak to widzimy, a jednak jesteśmy skłonni w 100% zaufać temu że jeśli czegoś nie widzimy to tego ... nie ma. Wróćmy na chwile do naszej maszynki generującej impulsy dla mózgu. Odkrycie, że taka stymulacja tworzy efekty podobne do postrzegania stało sie podstawą do uznania niemal za pewnik, że jeśli my stojąc na zewnątrz, nie postrzegamy źródeł stymulacji to ich po prostu nie ma i że to nasz mózg karmi nas halucynacjami. Proste, ale czy logiczne?
Po pierwsze - zauważmy, że to co powinno być wynikiem umieściliśmy już w ... założeniu. Mamy gościa przypiętego do maszyny badającej aktywność mózgu, my nie rejestrujemy bodźców ale jego mózg wykazuje aktywność więc z faktu, że nie rejestrujemy bodźców sami, uznajemy, że ich nie ma, ale przecież to, że ich nie ma to po prostu nasze, nie koniecznie słuszne założenie wynkające z tego że my ich nie rejestrujemy. To, że nic nie oddziałuje faktycznie z zewnątrz nalezałoby dowieść, tyle że w naszej sytuacji dowieść sie tego nie da. Nie istnieje bowiem taka możliwość żeby odróżnić aktywność mózgu nazwijmy to "wsobną" od takiej, której źródło jest na zewnątrz. Pozwólcie proszę na banalny przykład - są ludzie których słuch rejestruje dzwięki powyżej tego co uznajemy za częstotliwość "słyszalną" my ich nie słyszymy, a oni i owszem. Jeśli nie zbadamy pomieszczenia sensorem o zakresie słyszalności większej niż nasze ucho uznamy, że ma gość słuchowe halucynacje. Wiem o tym bo sam jestem dość wyczulony na wysokie dźwięki i wiele razy ze zdumieniem odkrywałem, że ludzie na prawdę nie słyszą pisku swoich zasilaczy, które mnie przyprawiały o ból głowy. Weźmy dużo bardziej złorzony przykład. Od bardzo długiego czasu twardogłowi uznają doświadczenia z pogranicza śmierci za efekt samostymulacji mózgu. Rozumowanie jest oparte na tym samym schemacie - załorzenie, że nic z tego co czujemy nie jest rzeczywiste i wniosek, że sami jeseśmy źródłem halucynacji przedśmiertnych. Czy to nie jest błedne koło?
Jak to zwykle bywa jest, ale go czasem nie zauważamy. Podpinamy osobę w stanie terminalnym do maszyny, jak rozumem chcemy zaprzeczyć istnieniu życia pośmiertnego, więc przedmiotem badania jest realność bądź nie jego przeżyć, tyle, że ową nierealność niejako zakładamy z góry, więc kiedy na wykresie rysuje nam się silna aktywność mózgu piszemy zgrabny wniosek o tym jak się ów organ dziwnie sam wzbudza. Może to co napisałem nie brzmi przekonująco zatem mówiąc jeszczeinaczej -  prawidłowy wniosek z opisanego wyżej badania brzmi - "w momencie śmierci następuje wmożona aktywnośc mózgu" i tylko tyle. Nie ma żadnej naukowej i doświadczalnej podstawy aby wnioskować o czyms innym, bo po prostu takiego badania nie prowadzimy a nawet nie mamy takiej mozliwości (obecnie).
Każdy inny wniosek będzie wynikiem przekonań badacza a nie będzie wynikiem eksperymentu. Badacz wierzący powie, że doznania pozazmysłowe pobudzają mózg i że taka aktywnośc jest dowodem na realność jego doświadczeń, badacz niewierzący coś przeciwnego, ale obaj dadzą tym samym wyraz swoim poglądom. Mówić w tym momencie, że badania cokolwiek potwierdziły lub sfalsyfikowały jest zwyczajną bzdurą i nie ma nic wspólnego z logiką.
Idźmy dalej - nie jest żadnym voodoo fakt, że przez swoje działania potrafimy się zrelaksować a nawet wprawić w stan nieco zblizony do wstępnej fazy snu pozostając świadomymi. Nasz wewnętrzny spokój może jak najbardziej kolidować z napływajacymi z zewnątrz licznymi bodźcami. Mamy więc sytuacje odwrotną - z zewnątrz bombardują nas całkiem namacalnie i widzialne dla wszystkich bodźce a nasz procesorek ucina sobie drzemkę, mimo iż nie odcina świadomości od tego co się dzieje. Nasz spokój jest więc indukowany przez nas samych, świadomie i jest on realny.
Kolejna sprawa - przyjmijmy że nasz obiekt jest zabójczo zakochany, obraz ukochanego pojawiający się w jego głowie wywołuje często takie efekty jakby ta osoba była obok, ba potrafi nas podniecić (jeśli myśli są nieco kosmate). Bodźców zewnętrznych - brak, a jednak jakoś nikt nie spieszy się z wnioskiem, że skoro kogoś tam nie widać, to tego kogoś nie ma, a nasz mózg sobie produkuje autonomicznie jakąś rzeczywistość. Fakt - on to własnie czyni, ale to że znów stymulacja jest od wewnątrz chyba nie przesądza o realności obiektu którego owe myśli dotyczą. Zauważmy, że dopóki nie zejdziemy na tematy ideologicznie ważkie nie mamy problemu z logiką. Miłe wspomnienia upojnej nocy z ukochaną pobudzają nas, ale nikt nie będzie na bazie tego, że owej ukochanej nie ma w pomieszczeniu i na bazie tego, że to tylko nasza wyobraźnia, wyciągał wniosków o nieistnieniu owej osoby czy nierealności sytuacji.
Niby oczywiste, a jednak mamy coś takiego jak neuroteologia, która stara się dowieść że, parafrazując - naszej ukochanej powiedzmy Basieńki nie ma, bo to przecież mózg nam podsuwa jej roznegliżowane obrazy. Co się dzieje z naszą wspaniałą logika kiedy przychodzi do tematów związanych ze światopoglądem, ideami, wiarą? Mam wrażenie, że mniej lub bardziej świadomie usuwamy ja na bok kręcąc się w błędnych kołach gdzie wniosek staje się założeniem.

Nie twierdzę, że istnieje życie po życiu, nie twierdzę, że każdy lunatyk postrzega jakąś realna rzeczywistość a każde urojenie jest prawdziwe. Twierdzę natomiasat , że badając aktywność mózgu badamy aktywność mózgu,  jeśli aplikujemy mu jakieś bodźce, to widzimy efekty owej stymulacji, ale nic nie daje nam logicznego prawa do wnioskowania gdzieś poza tym co faktycznie badamy. Możemy uznać jednoznacznie za sztuczny ten bodziec który zaaplikowaliśmy ale to wszystko jeśli mamy mówić o faktycznych NAUKOWYCH wnioskach z badań. Dalej mamy spekulacje może i słuszne ale nie są one ani o jeden milimetr bliżej prawdziwości niż spekulacje dokładnie przeciwne.

środa, 19 maja 2010

Patologia




W domu jest dobrze. Ojciec matki nie bija regularnie w niedziele po mszy, dzieci nie molestuje, wódeczkę jedynie okazjonalnie chlapnie, a jak przesadzi idzie spać. Matka nie puszcza się z sąsiadami, scen nie urządza, dzieci zadbane i w miarę dobrze się uczą. Wszyscy zdrowi i wykształceni żaden tam margines. Ale.... no właśnie. Dzieci od taty dowiedziały się, że mama jest głupia bo nie umie dobrze parkować, z drugiej strony ojciec też nie lepszy bo mamę zaniedbuje w robocie siedzi i tylko od święta rodzina jest ze sobą razem. Jak już jest ze sobą razem, starzy warczą na siebie (cicho żeby sąsiedzi nie usłyszeli) czasem ojciec ostentacyjnie odejdzie od stołu czasem matka udawanie mdleje. Córka już od dziecka wie że jest tępakiem i do tego brzydkim, że urodziła się nie pozwalając matce na kontynuowanie młodości, syn jest rodzinnym oczkiem w głowie ale coś się chłopak do książek nie garnie wystarczająco - matka go strofuje a ojciec sprowadza na ziemię mówiąc że na darmozjada płacił nie będzie. W rodzinie wiele spraw toczy się wokół pieniędzy. Rodzice wspominają swoją młodzieńcza harówkę i jak na jednym pokoju mieszkali z dwójka dzieci. Dzieci już wiedzą, że przyszły na świat by starym życie skomplikować.
Ot normalna choć wymyślona rodzinka. Ostatnio media nawet się nią zainteresowały bo nie wiedzieć czemu, ta dziewczynka z dobrego, dostatniego i spokojnego domu mało co nie wysadziła mieszkania odkręcając gaz. No właśnie - czemu? Głowi się matka zamartwia się ojciec. Jest rower, komputer, własny pokój. Poprzewracało się w głowach dzieciakom.

Historyjka wcale nie tak nierealna, wnioski z niej niemal oczywiste ale może nie całkiem i nie dla wszystkich. Pochylamy się nad rodzinami biednych alkoholików ludzi z marginesu lub zapadłych wiosek tymczasem pod bokiem, w dostatnich domach, rośnie patologia innego rodzaju, patologia wyższego że tak powiem sortu. Patologia intelektualna. Niedostatek kasy świetnie zastępuje niedostatek uczuć. Alkoholizm wcale nie jest potrzebny świetnie w jego roli spisuje się niszcząca codzienna frustracja. Po co komu bicie kiedy każdego można zniszczyć psychicznie, skatować i zdeptać jego poczucie wartości, zanegować jego sens istnienia. Nie musi dochodzić do awantur wystarczy atmosfera wiecznej niechęci, nikt nikogo nie zdradza całkiem wystarczy ostentacyjny brak uwagi i całkowity zanik wzajemnego szacunku. Patologia na poziomie. Brak łachmanów i biedy ale też brak miłości, szacunku, zaufania i wsparcia. Problem w tym że poprawa warunków bytowych jest w gruncie rzeczy o niebo prostsza niż poprawa stanu, że tak powiem duchowego rodziny. Zdecydowanie prościej dorobić kilka stówek niż obudzić w sobie dawne uczucia.
Drodzy moi czytelnicy nie szukajmy patologii w slumsach przyjrzyjmy się własnym domom i szukajmy w nich erozji tego co najważniejsze - związku między ludźmi. Walczmy z frustracjami, nerwami, stopniowym przesuwaniem aktywności gdzieś na zewnątrz bo dom stał się za ciasny. Zrezygnujmy czasem z kolejnego zarobionego grosza na rzecz czasu poświęconego najbliższym. Kiedyś znajdziemy się w sytuacji w której nie pomoże nam konto obrosłe oszczędnościami ani nowy samochód, byle się nie okazało że wtedy nie ma już nikogo komu można się zwierzyć z kłopotów, nikogo kto wysłucha i wesprze. Ratujmy szacunek bo jest on w gruncie rzeczy jednym z najważniejszych przejawów miłości i tego że nam zależy. Okazujmy go sobie, walczmy z egocentryzmem. Pamiętajmy że czasem lepsza jest nawet kłótnia niż cicha, niszcząca obojętność.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Świat chwali ... Polak narzeka





Ano właśnie. Jest milion i jeden sytuacji które mógłbym tu opisać a które ilustrują pewną przykrą przywarę dającą się zaobserwować niemal codziennie. Począwszy od prostej obyczajowości, a skończywszy na konkretnych ocenach konkretnych sytuacji często widzę, że mamy jakiś idiotyczny kompleks który działa np. tak:
załóżmy że jakiś tam Kowalski jest niezłym zawodnikiem. Wyjechał gość z Polski i robi karierę na zachodzie, po kilku latach czy to zdobywa jakiś medal czy inny tytuł czy wyklepie miskę jakiemuś przeciwnikowi na ringu dość, że zachwycona prasa pisze o jakimś genialnym polskim zawodniku tymczasem u nas słyszy się powiedzmy coś takiego "a co tam z niego za Polak skoro za granicą siedzi" albo "może o i dobry ale ma słabe ....." i tak sobie miło oceniamy rodaka bo przecież jest jakąś niemal ujma na narodowym honorze żeby się komuś, gdzieś, coś powiodło.
Sukces to coś co zdecydowanie do Polaków nie pasuje. Chwalebna śmierć, martyrologia cierpiętnictwo - owszem, ale żeby jakiś rodak wziął i tak po prostu zdobył kasę, sławę? Nie do pomyślenia.
U nas nigdy nie ma że "I'm good" zawsze jest "stara bieda". Śmiejemy się w kułak z durnych amerykańców z przylepionymi uśmiechami, bo przecież pogoda jaka by nie była zawsze jest zła, a pieniędzy zawsze za mało. Sława inna niż pośmiertna to rzecz nie godna chyba rodaka znad Wisły.
Wstyd być bogatym bo o pokoleń wiemy, że bieda => uczciwość, wstyd być sławnym bo zawsze się jakąś tam szpilkę wciśnie. Jak znany aktor zwiąże się z jakąś panią to nawet jest interesująco, tabloidy sobie poużywają i ogólnie jest OK, nie daj boże jednak żeby była to jakaś Polka bo przecież "matka-polka" to osoba nie wiążąca się z mydłkami. Wiele niewiast oparło swoją sławę o czasem dość nachalną prezentację, bywa iż nieco wątpliwych lub przywiędłych, wdzięków, my zaś dumni z urody naszych pań nie potrafimy ucieszyć się tak naprawdę z tego, że któraś tam ma najpiękniejszy biust, albo stała się czyjąś tam wybranką. Może i fakt, że to taka raczej dziwna sława ale ... co z tego, to przecież fajnie kiedy mówią o nas w kontekście czegoś dobrego nawet jeśli są to baloniaste walory naszej rodaczki.
Osobiście wolę być krajanem posiadaczki pięknego biustu niż ziomalem złodzieja samochodowego.

Dobrze kiedy jacyś ludzie robią karierę i dobrze kiedy przez ich pryzmat ktoś na nasz kraj spogląda. Pamiętajmy że polski koszykarz w NBA ma szansę lepiej wpłynąć na nasz wizerunek u współczesnego Amerykanina niż Kościuszko (którego ewentualnie może jeszcze skojarzyć) lub Mickiewicz (którego z pewnością nie skojarzy). W ogóle lepiej chyba kiedy będziemy kojarzeni z ludźmi zdolnymi, ludźmi sukcesu czy choćby pięknymi niż z postsowieckim zaściankiem gdzie chadza się w walonkach ? Cóż, nie dla wszystkich jest to oczywiste i może dlatego naszym produktem eksportowym są cierpienia i obozy koncentracyjne, a nie piękne obszary nieskażonej przyrody, piękne zabytki i ciekawa historia zwierająca w sobie początki demokracji, tolerancję i rozkwit kultury na miarę światową. To u nas zaistniała jedna z pierwszych na świecie konstytucji, to my byliśmy jednym z nielicznych krajów gdzie setki lat panowała względna tolerancja religijna, byliśmy krajem bogatym i potężnym, nasze wojska przez setki lat nie miały sobie równych, byliśmy potęga terytorialną, a nasza dynastia Jagiellonów rządziła sporym kawałkiem Europy. Mamy masę ludzi zdolnych, mądrych, doskonale wykwalifikowanych. Polscy lekarze są świetni i cenieni na świecie, polscy sportowcy potrafią wybić się nawet tam gdzie jest najtrudniej, polskie aktorki i modelki są najpiękniejsze na świecie, polska gospodarka oparła się globalnemu kryzysowi , więc drodzy rodacy - może wreszcie uznamy że jest OK?
Może wreszcie na ulicach usłyszę że jest po prostu dobrze, a nie "stara bieda".
Głowa do góry i przestańmy sami siebie ściągać wiecznie w dół.

wtorek, 13 kwietnia 2010

OBŁUDA




Napiszę to co pewnie nie tylko ja myślę i nie będzie to ani troche poprawne politycznie. Całe szczęście mi nikt za pisanie nie płaci więc mogę po prostu napisać to co myślę, a myślę że już dawno nie widziałem nic obrzydliwszego niż spektakl obłudy jaki odbywa się wokół lotniczego wypadku naszych oficjeli w Smoleńsku. Mam nadzieję choć w sumie nie wierze w to że ludzie którzy dziś wygadują i wypisują te dyrdymały będą się kiedyś tego mocno wstydzić. Zginął człowiek, wielu ludzi, w tragicznym wypadku to co się dzieje w mediach ta karykatura żałoby i kuriozalna przesada jaka obserwujemy jest chyba bardziej obrazą niż hołdem dla ofiar. Zginął człowiek nie lubiany przez media, człowiek który zasłynął z pogardliwego zwrotu "spieprzaj dziadu", niepotrafiący wznieść się ponad podziały partyjne będący prezydentem jednostronnym, bez większych sukcesów. Tym niemniej był to człowiek więc zasługuje na pewien szacunek który w tym wypadku powinien ograniczać się do puszczenia w niepamięć jego małości a nie parodii która jako żywo przypomina "rozpacz" po śmierci Stalina.

Proponuje uczcić tragicznie zmarłych i okazać im szacunek - ciszą, a nie tym karnawałem idiotyzmów i obłudy. Ja sam kończę temat z szacunku dla ludzi ale też i z przesytu i odrazy jaką czuję wobec twórców i uczestników całej tej szopki.

niedziela, 4 kwietnia 2010

O potrzebie




Kiedy rozglądam się po moim otoczeniu czasem nachodzi mnie taka myśl żeby dokonać bilansu tego co z otaczających mnie rzeczy i zjawisk jest faktycznie tym co do życia niezbędne, co jest po prostu użyteczne a co stanowi po prostu efekt realizacji potrzeby bycia na pewnym poziomie, mania tego co wydaje się potrzebne itp. Słowem jak wiele w moim życiu jest rzeczy które z jednej strony wyciągnęły ze mnie czas i energię jaką potrzeba aby zmaterializować kasę potrzebną na ich zakup zamian dając tylko poczucie że nie odstaję od standardów.
Daleko mi do jakiegoś ascetycznego minimalizmu, a drewniana miseczka na ryż i brzytwa to mimo wszystko nie jest ten zakres niezbędności życiowej który chciałbym wdrażać. Z drugiej strony czuję jak budzi się we mnie pewien bunt przeciw "nadążaniu" za przyjętymi normami. Najprościej zilustruje to może takie proste zestawienie który każdy może sobie sam uczynić na własny użytek - jeszcze lat temu 20 żyłem i jakoś nie przymierałem głodem, marzyłem o fajnej kolekcji niedostępnych wówczas książek, chciałem mieć video i móc oglądać różne filmy, samodzielne mieszkanko, nawet najprostsze i jakiś stary samochód to już były takie aspiracje na wyrost. A jednak żyłem, miałem grono przyjaciół, którzy tak jak i ja nie mieli jeszcze komórek. Umiałem posługiwać się rozkładem jazdy pkp i dojechać w jakieś niesamowite miejsca, może nie egzotyczne, a może właśnie tak - zależy co ma ową egzotykę stanowić. Matematycznie rzecz ujmując - mniejsza ilość elementów dawała efekt nie gorszy a może i lepszy.
Życie jednak nie stoi w miejscu i wraz z jego zmianami pojawiły się nowe aspiracje, cele a wraz z nimi ułuda, że osiągając kolejne etapy osiągamy większe zadowolenie. Tymczasem najprawdziwsze jest to co w nas, faktycznie liczy się wielokrotnie nie tyle to co się osiągnęło bezpośrednio, ale to jaki miało to dla nas skutek , ile w efekcie mieliśy satysfakcji i jak szybko pojawiał się kolejny cel.
Przyglądam się zatem kolejnym celom, wiedząc już teraz jak bardzo oszukujemy się myśląc, że to kolejne podejście, kolejny wydatek, przyniesie nam radość. Nie, to nie tak, że nie było radości raczej tak, że mając już coś za sobą i dokonując bilansu, nie zawsze wychodzi on tak jak powinien.
Wracam do mojego podziału na rzeczy potrzebne i nie. Wiele z tych niepotrzebnych przyniosło mi jednak radość , więc spełniło w ten czy inny sposób swoją rolę, wiele z tych potrzebnych jest tak oczywistych że zapomniałem się na ich osiągnięcie ucieszyć, a wiele nie przyniosło ze sobą nic nad czym warto by się pochylić i to jest miejsce gdzie traciłem czas i energię.
Bliska jest mi myśl o cieszeniu się sprawami drobnymi i czerpaniu satysfakcji z rzeczy nie koniecznie efektownych, cóż z tego skoro funkcjonowanie w grupach niesie za sobą potrzeby dopasowania się, a te kierują naszą energię na osiąganie rzeczy, które dla nas samych, tak w głębi nas, nie mają wcale znaczenia. Obawa przed rolą outsidera jest silna choć niejednokrotnie rola ta mnie skusiła i pewnie nie raz robiłem za dziwoląga przedkładając zgodność z czymś wewnątrz mnie nad zgodność ze standardem.
Per saldo jednak znajduję się w świecie który sobie stworzyłem otoczony rzeczami różnej wartości lub bez żadnej, hołubiąc w sobie pewne elementy czegoś co mój niegdysiejszy przyjaciel nazwał etosem szarości a co nigdy nie przestało do mnie przemawiać gdzieś w głębi. Celebracja codzienności, szacunek dla prostoty, tym silniejszy że mam raczej tendencje do pewnego kwietyzmu i rozdrabniania się.
Mało napisałem konkretów ale też i nie o konkretne przedmioty chodzi, nie chcę krytykować tu swojego telefonu komórkowego mimo że on i miliony mu podobnych katastrofalnie wpłynęły na różne aspekty naszego życia, bo wiem że z drugiej strony bywa on źródłem fantastycznych kontaktów, pociechy kiedy potrzebuję porozmawiać i pewnego drobnego poczucia bezpieczeństwa. Nie pastwię się nad telewizorem czy komputerem, ale i one bywały źródłem wielu drobnych radości i zawodów. Bezwzględna niezbędność nie jest bowiem jakimś nadrzędnym faktorem ale jest nim to w jakim stopniu osiągnąłem przez moje starania coś dobrego, co dziś może mnie choćby w formie wspomnienia trochę rozgrzać.
Niejasne te moje wywody pisane wieczorem , bo kryją się za nimi nie dające się opisać emocje. Podsumowaniem tego tekstu jest zatem tylko moje przekonanie że wszystko o co się staramy czy to sferze ducha czy materii ma tylko tyle wartości ile przyniosło nam zadowolenia, radości i satysfakcji, nawet przejściowo, natomiast cholernym błędem jest utknięcie w fatalnym wyścigu do zaspakajania coraz to nowych pomysłów, bez dokonania takiego bilansu. Jest na prawdę niemiłe widzieć jak małe znaczenie z czasem mają te rzeczy które kosztowały nas tak wiele.
Życzę Wam wszystkim i sobie też abyśmy nigdy nie obudzili się w wielkim domu, otoczeni fantazyjnym wyposażeniem, z poczuciem że budując to wszystko zgubiliśmy po drodze przyjaźń, miłość, zadowolenie i proste radości.

piątek, 2 kwietnia 2010

Atomowa Ambiwalencja



Pamiętam dość dobrze jak na początku lat 90 tych siedziałem z kolegami obok pomieszczenia komisji wyborczej gdyż w tle odbywających się wówczas wyborów w Gdyni odbywało sie referendum w sprawie elektrowni atomowej. Byłem zatem członkiem takiej komisji referendalnej w jakiejś szkole i muszę przyznać się że daleko mi było wówczas do obiektywizmu ba wręcz bezczelnie agitowałem przeciw elektrowni. Miałem przekonanie że to rzecz słuszna. Emocje wzięły górę z resztą czego oczekiwać od ledwie co pełnoletniego człowieka?
Teraz w zasadzie też głównie mamy do czynienia z walką emocji. Pomysł na elektrownie wrócił bo rosną potrzeby energetyczne naszego kraju i cena. Przeciwnicy energii atomowej mają swoje argumenty, zwolennicy swoje nie mam chęci się tu wdawać w ten spór. Wiele z owych rzeczowych głosów to rzeczy wyssane z palca lub efekt myślenia życzeniowego. Obie strony przeginają maksymalnie. A ja sobie stoję gdzieś po środku w poczuciu pewnej pułapki. Energa wyciąga z mojej kieszeni kolosalne w gruncie rzeczy pieniądze, dawno mam w domu energo-oszczędne świetlówki, a nawet oświetlenie diodowe gdzie się da, a mimo to wydaję na energię sumy niewspółmierne (moim zdaniem) do zużycia.
Czy jednak atomówka zmniejszy koszty? Nie wiem.
Oryginalnej cholery dostaje patrząc na rosnące w tempie ekspresowym farmy wiatraków czyli wielka eurowydmuszka w której przyjęto pozory za fakty a resztę zamieciono pod dywan krzycząc o zielonej energii (a żeby było jasne - co innego mała przydomowa wiatrówka, co innego kilkudziesięciometrowe wierze). Przykry fakt jest taki, że nawet jeśli istnieją technologie wydajnej produkcji energii elektrycznej które są ekologiczne to chyba tak na prawdę brak woli aby w nie inwestować. Czemu ? Naiwne pytanie jeśli popatrzymy na filary światowej gospodarki, na pieniądze jakie są schowane w biznesie surowcowym i energetycznym. Pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze.
Z drugiej strony ciągle mam na uwadze że mówiąc o elektrowni atomowej mówimy o scenariuszu mniejszego zła. Zastanawiam się zatem czemu tak naprawdę MUSIMY wybierać pomiędzy rozwiązaniami z których jedno jest po prostu gorsze niż drugi ale żadne nie jest optymalne ?
Jestem człowiekiem który na prawde nie jest zachwycony nurtem ultraekologicznym, jestem sceptykiem jeśli chodzi o efekt cieplarniany (wiele razy o tym pisałem), uważam inicjatywy "zielonoenergetyczne" za propagandowo-polityczne przedsięwzięcia w których nie bierze się pod uwagę bilansu środowiskowego a tylko strefy bezpośredniego wpływu a i to nie zawsze. Ale z drugiej strony czy na prawdę jedyną drogą ucieczki przed spalaniem węgla jest łupanie atomów?
Nie odpowiem na to pytanie mam ambiwalente odczucia i mam takie pytanie do Was szanowni czytelnicy na które odpowiedzcie sobie szczerze w głębi ducha - gdybym zaproponował Wam dom niedaleko elektrowni atomowej i bardzo daleko bez szans na bezpośrednie oddziaływanie to który byście wybrali? Dlaczego?

poniedziałek, 22 marca 2010

Naiwność ale czy święta?




Dziś czytałem sobie jakieś komentarze pod jakimś artykułem i po raz kolejny muszę przyznać że obezwładnia mnie zjawisko naiwności żeby nie rzec tępoty wielu osobników homo sapiens. Ale do rzeczy. Otóż jeśli jeszcze tego moi szanowni czytelnicy nie wiecie to nasze okresowe kryzysy ekonomiczne i w ogóle większość problemów socjalno bytowych to pokłosie uwaga - ekonomii.
A tak, właśnie - okazuje się że wredna owa nauka, czy to świadomie czy nie, nie potrafi zapobiec kryzysom, a kto wie czy wręcz ich nie powoduje.
Nasza ekonomia jest do kitu bo są kryzysy, a przecież gdyby ekonomia było OK to i kryzysów by nie było !!! Ot co. Trzeba czym prędzej coś w tym temacie uczynić bo przecież nie wiadomo ile jeszcze wytrzymamy tych nieudaczników od ekonomii

No dobrze przestane się już znęcać. Wstawcie sobie pod pojęcie ekonomia powiedzmy meteorologia, a zamiast kryzysów wstawmy opady deszczu i ... wszystko będzie jasne z tym że prognozy tyczące się pogody są na ogół bardziej sprawdzalne. Z szacunku dla inteligencji czytelników nie mam zamiaru wyjaśniać takich rzeczy.

Jest jednak coś o czym napisać chcę.
Co bardziej dojrzałe osobniki naszego gatunku zdają sobie sprawę z istnienia różnych modeli gospodarki, idąc krok dalej niektórzy wiedzą nawet, że nie ma modelu idealnego. Gorzej niestety ze spięciem owej wiedzy z praktyką. We wspomnianych wyżej komentarzach obok niebywałego odkrycia, że wszystkiemu jest winna ekonomia znalazłem nieco bardziej już przenikliwą diagnozę zgodnie z którą wszystkiemu winny jest ... kapitalizm.
W czasach Ezopa, a pewnie i wcześniej jasne było, że to co jednemu szkodzi, drugiemu pomaga i tak - żaba woli deszcz a jaszczurka skwar i tyle.
Dlatego musi być i deszcz i słoneczko.
Niestety współcześni absolwenci szkół wielu albo o Ezopie nie słyszeli albo uznają bajki za coś głupiego i nie licującego z godnością magistra, dość, że poziom akceptacji dla takiego faktu jak to że w gospodarce mamy do czynienia powiedzmy z okresowością koniunktury jest wyjątkowo niski. Podobnie rzecz się ma jeśli chodzi o fundamentalne zagadnienie ekonomii jakim jest stwierdzenie o ograniczeniu zasobów i nieograniczeniu potrzeb. Te dwa fakty jakoś nie przebijają się do masowej świadomości, czemu ??? Nie wiem , mamy chyba nader często problemy z zaakceptowaniem pewnych trudnych rzeczy. Nie trudnych merytoryczne ale takich których nie chcemy akceptować.
Dwa absolutnie najprostsze i najbardziej fundamentalne (a i banalne) zdania wyjaśniają cały ten globalny spisek, w którym nie wiedzieć czemu jacyś kosmici i kapitaliści uparli się aby gnębić nas kryzysami i nie dawać nam uporczywie "wszystkiego według potrzeb":

1) nie da się zaspokajać potrzeb w modelu - "każdemu to co chce" bo raz że nie ma tylu zasobów a dwa to że jedną z potrzeb jest to aby mieć więcej niż Kowalski co prowadzi do błędnego koła

2) gospodarka wolnorynkowa zawsze (ZAWSZE) będzie poruszać się po krzywej wzlotów i upadków a im bardziej będziemy się starali na to zjawisko wpłynąć niwelując pewne sprawy (np. napędzając tanimi kredytami rynek nieruchomości) tym większy w końcu kryzys wywołamy przez nasze interwencje.


Niewinność to na pewno miła cecha, pewna naiwność też, ale czy w każdym wieku?

No i ... to by było na tyle :-)

środa, 30 grudnia 2009




Noooooo to była przerwa co się zowie. Kilka miechów więc zanim zacznę coś kontynuować małe noworoczne podsumowanie:

1) klimat jednak się ... ochładza o czym mówi się coraz głośniej. Jakiś haker upublicznił e-maile wysyłane przez prominentnych "ociepleńców" z których jak wół wynika że manipulowano danymi. Klimat-gate jest obecnie bardzo usilnie tuszowana, powstają jakieś niedorzeczne listy poparcia niczym rekomendacje partyjne dla zagrożonych wywałką z kombinatu nierobów. Jakoś bez echa przeszły też wyniki badań pewnego szkota (z całym szacunkiem nie pomnę nazwiska i był to jak najbardziej naukowiec), który wykazał że epoka lodowcowa mogła być procesem który nastawał nie przez dziesiątki lat, a przez kilka miesięcy. Nie zależnie od wszystkiego, jak pasażerowie tonącego Titanika dalej podrygujemy w rytmie walczyka opłat za emisję gazów cieplarnianych.

2) innowacyjność szaleje na maxa ;-) w komórkach mamy już 12 mpix, a Wilkinson po latach badań odkrył że po liczbie trzy mamy liczbę cztery a potem ... pięć i wprowadził golarki 4-ro i nawet bodaj 5-cio ostrzowe - prawdziwy wypas i nowość, konkurenci już teraz zasiadają do skomplikowanych symulatorów multimedialnych aby ustalić dalsze kierunki rozwoju, pojawiają się nieśmiałe wzmianki o liczbie 6 ... ale to chyba już zbyt rewolucyjne jak na jeden rok. LHC stał przez większość roku odłogiem ale miał swój moment tryumfu bowiem pokazano go w filmie Aniły i Demony co spowodowało że wredni jankesi może wreszcie zrozumieją że w Europie też jest hipertechnologia. Mamy nowiutkiego Windowsa 7 którego wygląd przypominana vistę ale ponoć ma być lepszy, możliwości interakcji z nowym systemem nie odbiegają od pierwszych systemów okienkowych klawiatura i mysz trzymają się dzielnie :-)

3) krążą plotki że w USA w jakiejś kopalni znaleziono wreszcie tajemniczą ciemną materię której jakoś nie możemy znaleźć mimo że stanowi 90% masy wszechświata. Poczekajmy jednak z wnioskami bo owo odkrycie może być po prostu marketingowo pr-ową odpowiedzią na LHC.

4) Moja skromna osoba po okresie słodkiego nieróbstwa trafiła do pracy zatem spodziewajcie się moi nieliczni lub wręcz nieistniejący czytelnicy nowego nurtu przemyśleń ale o tym już może w nowym roku.

np to tyle po przerwie

happy new year to all :-)

czwartek, 13 sierpnia 2009



No cóż jakiś czas temu wspominałem o absurdzie teorii "global warming". Bez dowodów (chyba że serio potraktujemy ilustrujący dzisiejszy wpis obrazek - to może być dowód na coś przyznacie sami), bez solidnych podstaw, na bazie hałasu, lęków i chęci zarobienia, grupa polityczno-ekonomiczno-ekologiczna wtłoczyła nam do głów efekt cieplarniany, jego katastrofalne skutki a co za tym idzie konieczność ponoszenia horrendalnych kosztów w celu zapobieżenia ich wystąpieniu.

Na drugim biegunie znajdowała się wcale nie licha i bynajmniej nie głupia grupa ludzi którzy wieszczyli coś kompletnie odwrotnego czyli ... globalne ochłodzenie. Ci jednak wpływów politycznych nie mieli i co gorsza nie byli w żadnym razie potencjalnie dobrym źródłem okradania społeczeństwa, więc się ich umiejętnie wyciszało, a ich tezy wyszydzało w publikatorach pseudonaukowych. Polecam lekturę Polityki, a w razie gdyby link zawiódł a egzemplarz był zupełnie niedostępny wklejam tu mały fragment:

"Panel uczonych, zorganizowany przez National Oceanic and Atmospheric Administration (NOAA) i NASA, ogłosił 29 maja, że maksimum 24 cyklu można spodziewać się w maju 2013 r. i będzie wtedy 90 plam (link na naszej stronie internetowej). Ma to być najsłabsze maksimum od 1928 r., kiedy to pokazało się tylko 78 plam. Ale tej opinii nie podzielili wszyscy paneliści – niektórzy uważają, że w maksimum będzie zaledwie 70 plam. Takie przepowiednie słabo się sprawdzają, ponieważ nastąpiła zmiana magnetyzmu Słońca, której przyczyn nie znamy. Dlatego obserwacje z poprzednich dziesięcioleci nie pasują do dzisiejszej sytuacji.

Astronomowie obawiają się, że obecna faza aktywności Słońca może być podobna do tego, co działo się w tzw. minimum Maundera, kiedy przez 70 lat (1645–1715) liczba plam nie przekraczała trzech, a temperatura na Ziemi była najniższa od 8 tys. lat. Europejskie rzeki zamarzały rokrocznie, przez Bałtyk jeździło się saniami, a alpejskie lodowce schodziły daleko w doliny, niszcząc pola i osady. W podobną, lecz krótszą drzemkę Słońce wpadło w minimum Daltona (1790–1820), gdy średnia temperatura była o 2–4 st. C niższa niż w XX w. Wtedy (w 1812 r.) Napoleon szedł na Moskwę. Na podstawie zmian aktywności Słońca niektórzy astronomowie przewidują, że Ziemia zacznie się ochładzać od 2015 r. i wkroczy w zimny okres w latach 2021–2026 lub 2050–2060, podobny jak podczas minimum Maundera. Natomiast długoterminowe oziębienie przewidywane jest na lata 2100–2200.

Znani klimatolodzy, Wallace Broecker z Columbia University i Reid Bryson z Wisconsin-Madison University, twierdzą, że za około 50 lub 500 lat może nadejść nowa epoka lodowa – taka, jaka skończyła się około 10 tys. lat temu, gdy znaczna część półkuli północnej naszego globu pokryta była lodem grubości 3 tys. m. Jak uczy geologia, nowe zlodowacenie nadejdzie nieuchronnie i będzie wielkim wyzwaniem dla cywilizacji."


SIC !!! Pewnie padłbym ze śmiechu na miejscu, ale mam dwa powody dla których jakoś mi się śmiać nie chce:

1) ciekawi mnie kiedy przestaniemy być rabowani przez oszołomów ponosząc koszty globalnego ocieplenia w postaci np. znacznie wyższych rachunków za media

2) kto i jak naprawi szkody które już się stały a do takich należy zaliczyć na przykład zmarnowane środki na infrastrukturę, patenty, licencje, opłaty za emisję czy w końcu oszpecenie ogromnych obszarów kompletnie nieekologicznymi farmami wiatraków.


No. A tak poza tym to czekam teraz na zachęty do emitowania maksymalnej ilości CO2 bo efekt cieplarniany może nam jak się okazuje uratować tyłki przed odmrożeniem :-D

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Czekając na Renesans cz. 4

No to wracamy z zaświatów tym bardziej że oto pojawił się fajny artykulik pod tym adresem
Pokazuje on ewolucje różnych sprzętów w ciągu 10 lat i serwuje wnioski. Cóż chyba Was nie zadziwię jeśli stwierdzę że wnioski te nie bardzo moim zdaniem pasują do materiałów. Jak zwykle bywa ktoś przyjął tezę a priori i potem mu wyszło że wszystko ją potwierdza, a potwierdza się w zasadzie tylko to że żyjemy w czasach kiedy znikome zmiany jakościowe są zalane obficie sosem zmian ilościowych i podane jakby działo się nie wiadomo co.
Z resztą proszę bardzo, jaka to różnica nastąpiła w kwestii komputerów otóż są .... tańsze :) mają więcej pamięci i większe dyski, wyżej taktowane procesory i tyle. Zauważcie nie pojawił się nawet jakis przełomowy pomysł na nowy procesor bo od nawet czasów dawniejszych dominującym modelem jest x86 z modyfikacjami ale o tym już w artykule nie ma. Więcej rdzeni mniej mikronów więcej Gigahertzów ot i tyle. Jak nie szło z komputerem pogadac tak nadal nie idzie jakies raczkujące interfejsy dotykowe można by uznać za początek czegoś nowego ale nadal metoda komunikacji z komputerem pozosytaje zasadniczo niezmienna od lat. Nie chcę tu przepisywać artykułu sami zobaczcie te epokowe różnice typu kształt myszki albo ilość wodotrysków w telefonie. Generalnie więcej ale czy i o ile lepiej? Jedyne co do mnie może trochę przemawiać to rozwój technologii bezprzewodowej bo to faktycznie w jakiś sposób zmienia jeśli nie metodę komunikacji z maszyną to przynajmniej uwalnia nas czasmi od biurka i fotela,no jest to coś.
Mam cały czas wrażenie jakiegoś wielkiego pomylenia pojęć. Od czasów jakichś pierwszych spektrumów a nawet i wtedy, nie pracujemy z komputerem tylko z jego softem. Istotne są zatem dwa elementy - optymalne działnie softu na maszynie (no tu raczej wiele pozostawia do życzenia nadal) i optymalna interakcja moja czyli usera z tymże softem , a tu nie ma w zasadzie większych zmian siedze i klepie w klawiaturę, która może jest bardziej płaska i ma kilka dodatkowych klawiszków których i tak nie używam, klikam myszką (jedyny przełom - rolka) i tyle. Jak nie mogłem edytorowi podytktowac tekstu, tak nadal nie mogę, jak nie mogłem zdać pytania niczym Ripley w pierwszym Obcym tak i mam. Nadal uczę się składni zapytań tak żeby skutecznie coś odnaleźć nawet w Google. Zaglądam do skrzynki pod biurkiem i co widzę ... to samo co 10 lat temu płyta główna, ram, dysk, napędy, procek, karta graficzna kupa kabli i kurzu no może wiartaków więcej :D Odpalam arkusz kalkulacyjny i robię w nim to samo i tak samo jak 10 lat temu odpalam grę i co kieruję jakąś postacią która po prostu ładniej wygląda tyle że robię to tak samo jak 10 lat temu kursory jakieś inne klawiszki czasem mycha. Odwróćcie głowę od ekranu i popatrzecie na siebie - robicie dokłade to samo co w pierwszych grach, poza pomysłem jaki zastosowało Nintendo w Wii (o to jest zmiana jakościowa, tyle że w konsolach) nihil novi.
Tymczasem marketing robi swoje i sprzedaje nam co raz więcej, nie co raz lepiej czy chocby inaczej. Nie ma innowacyjności jest mnożenie parametrów przy niemal identycznej funkcjonalności.

środa, 3 czerwca 2009

Plany ? a może ...




W zasadzie to nie mam nic do napisania. Pod czachą pusto kompletnie. Uciekłem jak na razie z okropnego miejsca we własnej duszy. Chyba lęk przed tym co w sobie znalazłem okazał się lepszym lekiem niż wszystko inne. Pisałem o tym poprzednio trochę, ten stan ... niesamowite, nieopisywalne. Nie planuję jeszcze życia, nie mam pomysłów. Planuję jednak żyć a to już spory postęp.

A może jedno - chcę postudiować jeszcze trochę, padło na prawo amerykańskie, kurcze wykłady po angielsku trzeba będzie przysiąść :)


cdn...

poniedziałek, 25 maja 2009

O ludzkiej psychice




Przez długi czas uważałem że kryzysy psychiczne to rzeczy z którymi łatwo sobie radzić. No może nie łatwo ale powiedzmy że jak człowiek siądzie i pomyśli to i wymyśli. Ostatnia moja życiowa przygoda ze zdradą żony i jej odejściem pokazała że nawet taki chłodny i mało emocjonalny typ jak ja może znaleźć się w miejscu gdzie ból zaczyna mącić zmysły.
Serio myślałem, że te opisy bólu po stracie są jakimiś literackimi wizjami, przesadzonymi podkolorowanymi. A jednak. Poczucie beznadziei niszczy komórki mózgowe nie gorzej niż powiedzmy wdychanie butaprenu.
Jeśli wydaje się Wam, że kochacie życie i jesteście do niego przywiązani, ba potępiacie desperatów, którzy tchórzliwie próbują go sobie odebrać (to ja dawniej), to przygotujcie się na całkiem nową prawdę - chęć śmierci i możność jej wyobrażenia sobie jest na prawdę momentami czymś kojącym, coś jak chłodny prysznic w letni dzień. Nie wiem czemu tak jest, pewnie obietnica końca jakiegoś bólu zaczyna być, w zrozumiały sposób bardziej kusząca niż obietnica jego dalszego trwania. Tak właśnie ludzie cierpiący pojmują kwestię powiedzmy eutanazji. To na prawdę JEST zrozumiałe. Może jest to zrozumienie na poziomie jakichś stanów depresyjnych ale jest.

Aby znaleźć jakieś zrozumienie dla swojego bólu udałem się w dość dziwne dla mnie miejsce na portal randkowy i założyłem sobie tam profil o proszę bardzo . Wszelkie czytelniczki stanu wolnego, z wyjątkiem tej która mnie już raz wystawiła, serdecznie zapraszam :)

W sumie stała się rzecz dość dziwna bo w tym miejscu gdzie w zasadzie nie wiedziałem czego się spodziewać, nawiązałem kilka kontaktów, które niebywale mi pomogły i nadal pomagają. Znalazłem osoby gotowe mnie wysłuchać, coś poradzić, ludzi o podobnych doświadczeniach.
Nie jestem w stanie powiedzieć czy moje poprawy stanu są czymś trwałym a i do ich końca jeszcze długa droga ale w tym miejscu jest ważne że gdzieś są jacyś całkiem życzliwi ludzie którzy dość bezinteresownie chcą mi pomóc. Może nie zwraca to jeszcze sensu mojemu życiu ale zwraca odrobinę wiary w człowieka. Widać nie wszyscy są toksyczni.

sobota, 16 maja 2009

Stare, nowe czyli jak umierają uczucia


Postanowiłem reaktywować mojego bloga. Szukałem wielu miejsc aby się wygadać a to jest chyba równie dobre jak każde inne.

Jak to szło ? "... i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to że Cię nie opuszczę aż do śmierci ..."
Okazuje się że śmierć jest pojęciem mocno względnym.
Może z resztą autor tej przysięgi, jak też osoby, które ją składają robią to z jezuickim cichym zastrzeżeniem, a może chodzi o interpretację pojęcia śmierci , bo niby czyja lub czego?
Po za tym - czy może umrzeć coś co się nie narodziło? We mnie sie narodziło więc umiera i niestety nie jest to szybka i bezbolesna śmierć. Czy są jakieś hospicja dla duszy?

Pewnie domyślacie się skąd te matrymonialne przemyślenia. Tak drogie panie, nagle ku mojemu zdumieniu stałem się znów singlem.
Jeśli komuś wydaje się to fajnym powrotem do młodości to ... nie całkiem tak wygląda. Jak bowiem można się narodzić na nowo hehe główny problem biblijnego Nikodema.

CDN ...

... CD

Popatrzymy na jedną liczbę - 17

17 lat.

Dziecko które urodziło się w dniu naszego spotkania byłoby dziś niemal pełnoletnie. Nasz własne ma 4 lata, takie trochę spóźnione, ale jednak 4 lata - tyle trwał cały mój ogólniak, a przecież wtedy był to kawał życia.

8+4+5= 17 lat - to okres równy całemu okresowi mojej edukacji od podstawówki aż do końca studiów.

17 lat - 46% mojego całego życia od urodzin do teraz, niemal połowa.

Tyle jeśli chodzi o skalę.

Jak gołymi rękami wyrwać 17 letnie drzewo, jak wypalić korzenie? czy da się amputować pół człowieka tak aby drugie pół przeżyło?

CDN ...

sobota, 31 stycznia 2009

Panaceum czy seppuku - Etatyzm



Nie po raz pierwszy w historii, tytułowy etatyzm jest przedstawiony jako lekarstwo na sytuacje kryzysowe. Czy etatyzm naprawdę leczy czy też jest jak przystawianie kanarka chorym na żółtaczkę

Etatyzm to oczywiście jeden z głównych antagonistów liberalizmu zakładający stopniowe wzmacnianie sfery publicznej, budowanie państwowych firm i przejmowanie kontroli na prywatnymi. Nacjonalizacja to rzec można największe święto etatyzmu. Najpełniejszą chyba w historii próbą implementacji etatyzmu były państwa nazistowski i komunistyczne. Nie rzecz w tym aby opisywać etatyzm bo od tego są encyklopedie natomiast ciekawie zaczyna nam sie kształtować sytuacja na świecie i stąd moje dalsze historyjki


1. G.Soros, co można wyczytać z licznych newsów, nie tylko wspiera ale wręcz domaga się interwencji państwa w związku z kryzysem, powtarzając jak zdarta płyta mantrę o kryzysie większym niż w latach 30 - tych. Czego chce Soros - nacjonalizacji banków. Czy jest to dziwne ? I tak i nie. Jeśli uznamy Sorosa za jakiś ideologiczny filar kapitalizmu (dla wielu ludzi jak ktoś jest "wielkim posiadaczem" to jest jednocześnie jakąś ikoną kapitalizmu, nawet, a wręcz szczególnie, jak plecie dyrdymały od rzeczy) to oczywiście jest to dziwne ale jeśli uznamy go za człowieka, którego biznes zaczyna się sypać i chętnie za pieniądze podatników podłata swoje imperium - to co w tym dziwnego. Soros zatem i nie tylko on dołączył do hurtu etatystów ciekawy obrót rzeczy przyznacie.

2. Nasz były premier Marcinkiewicz rozwodzi się. Dzięki temu faktowi, niczym rasowa gwiazda show biznesu, po chwilowej nieobecności skierował na siebie światła jupiterów. Postać w sumie dość żałosna choć nie pozbawiona pewnego uroku i niestety skazana na przelatywanie przez nagłówki gazet co jakiś czas. Ale ja nie o tym. Otóż dzięki wyjściu z cienia (no nie "tym" wyjściu - jego nowa partnerka to jednak kobieta) dowiadujemy się co porabia nasz premier na wychodźstwie. Otóż przeniósł się z EBOiR do Goldman Sachs oraz doradza jakiemuś bliżej nieokreślonemu funduszowi inwestycyjnemu.

przypomnijmy może, złośliwie, karierę zawodową pana M. (źródło Wikipedia):
W latach 1982-1989 był nauczycielem matematyki i fizyki w Szkole Podstawowej nr 17 w Gorzowie Wielkopolskim, następnie wicedyrektorem jednego z Zespołów Szkół Ogólnokształcących w Gorzowie Wlkp. (1989-1990), kuratorem oświaty w Gorzowie Wlkp. (1990-1992), wiceministrem edukacji narodowej w rządzie Hanny Suchockiej (1992-1993), wicedyrektorem Wojewódzkiego Ośrodka Metodycznego w Gorzowie Wlkp. (1994-1995) i dyrektorem Zespołu Kolegiów Nauczycielskich (1995-1997). Był również głównym inicjatorem powołania w Gorzowie Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej. W latach 1994-1998 był prezesem Fundacji na rzecz Gorzowskiej Szkoły Wyższej, a od 1997 przewodniczącym Konwentu PWSZ. Jest też działaczem funkcjonującego przy tej uczelni pierwszoligowego klubu koszykarskiego kobiet (AZS PWSZ Gorzów).

Po tym okresie zaczęły się istne cuda - nauczyciel fizyki i działacz oświatowy zostaje doradcą prezesa największego banku detalicznego w Polsce, potem startuje w konkursie na jego prezesa, wycofuje się ale trafia do kolejnej państwowo-prywatnej instytucji jaką jest EBOiR a stamtąd do Goldmana.

Ot kariera w stylu etatystycznym. Jak myślicie ilu aktualnie kończących studia i podyplomówki o profilu ekonomicznym, czy z zakresu bankowości dojdzie tam gdzie doszedł nasz genialny rodak

Mamy zatem nawoływanie do pogłębienia i tak powszechnego niemal zjawiska, oraz przykład jaki typ stosunków publiczno-prawnych i na czym opartych, etatyzm promuje.

moja konkluzja - zaczynam bać się świata po kryzysie

tekst w nieco tylko zmodyfikowanej formie opublikowany jako zagajenie wątku na forum racjonalisty a nuż wyjdzie jakaś ciekawa dyskusja.

czwartek, 29 stycznia 2009

Przyczyny kryzysu




Poniżej wklejam to co napisałem na forum Racjonalisty w ramach mojej próby dotarcia do ludzi z nieco inną niż oficjalna wersją wypadków.

"Dużo było o kryzysie w dotychczasowych wątkach ale zbrakło miejsca na opis sytuacji, więc pozwalam sobie na jeszcze jeden wpis.
Jak w moim (i nie tylko moim) pojęciu naprawdę doszło do tego że problemy ze spłatą kredytów hipotecznych doprowadziły do tego że nagle stanęliśmy wobec globalnego kryzysu już nie tylko instytucji finansowych ale w zasadzie większości istotnych branż.
Bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości de facto była jedynie zapalnikiem tej całej bomby. Jednak od niej wypada rozpocząć. Idea taniego kredytu czy też po prostu preferencji kredytowych nie jest niczym nowym. Interwencjonizm państwowy zakłada możliwość odpowiedniego stymulowania gospodarki tak aby podążała ona w odpowiednim kierunku czyli wzrostu. Opiera się on w lwiej części o idee Keynesa i jego następców którzy uznali iż można a nawet należy manipulować globalnym popytem. Jak to zrobić? Najprostszą drogą do tego jest oczywiście zapewnić kupującym dostęp do pieniędzy za które będą kupować. Jako że pensje nie mogą stale rosnąć konieczne jest aby nasz kupujący mógł pozyskać dodatkowe środki na zakupy czyli kredyt. Jednak wraz ze stopniowym zadłużaniem się naszego konsumenta stopniowo maleje do zera jego zdolność kredytowa, maleje szybko chyba, że równocześnie, stopniowo będziemy mu te obciążenia zmniejszać zmniejszając oprocentowanie kredytu. Stopy kredytów ustalają banki które ich udzielają ale przecież czynią to w oparciu o stopy ustalane przez bank centralny, w wielu umowach oprocentowanie jest wprost określone jako np. LIBOR+marża bez podania ich liczbowej wartości.
Bank centralny staje się zatem podstawowym podmiotem wpływającym na popyt i podaż kredytów. Utrzymywanie stóp na niskim poziomie powoduje oczywiście swoistą eksplozję kredytową, ludzie zasilają się w gotówkę i ruszają na zakupy, producenci łatwiej znajdują nabywców i wszystko wygląda różowiutko do czasu aż nie zajrzy nam w oczy wizja inflacji. Wtedy zaczyna się proces odwrotny, podwyżki stóp, zmniejszenie ilości gotówki na rynku i schładzanie rozpędzonej gospodarki po to aby zapobiec inflacji. Takie podrygi to właśnie skutek interwencji rynkowych państwa.
Mamy zatem sytuacje w której punktem honoru administracji rządowej jest zapewnienie każdemu obywatelowi godziwych warunków mieszkaniowych, jeśli presji polityków ulegnie bank centralny (pamiętacie zapewne próby wpisania do ustawy o NBP zapisów o odpowiedzialności za wzrost gospodarczy co by oznaczało niemal automatyczne uzależnienie banku centralnego od tej huśtawki politycznej) to mamy boom na rynku nieruchomości. Ludzie kupują domy bo stać ich na spłatę nisko oprocentowanych kredytów buduje się potężny popyt (Keynes się cieszy) a co za tym idzie rosną ceny. Pamiętajmy jednak o inflacji następuje moment w którym dalsze przeciąganie struny uruchomi tę paskudę więc bank centralny chciał nie chciał musi zacząć pedałować w drugą stronę. W normalnej sytuacji nie dzieje się nic groźnego ale w sytuacji gdy nieracjonalnie niskie stopy utrzymywano nieracjonalnie długo a kredyty zaczęli dostawać ludzie w zasadzie niezdolni do ich spłacania, nagle bardzo szybko kredyty padają a na rynek trafia masa nieruchomości które muszą być szybko sprzedane na spłatę zadłużenia. Rośnie ponad miarę podaż, spada popyt cena leci na pysk. Banki bezpośredni zaangażowane w udzielanie kredytów oraz inne refinansujące te kredyty zaczynają mieć problemy.
Tyle jeśli chodzi o zapalnik przejdźmy do bomby właściwej. Jest nią zjawisko sekurytyzacji czyli w skrócie mówiąc zamienianie aktywów jakimi są zobowiązania klientów banków, na obligacje. Po co banki dokonywały tego manewru. Aby móc udzielać dalszych kredytów. Jak to działa? Kredyt udzielony klientowi ma oznaczony stopień ryzyka różny od zera, Bank ma ograniczone możliwości jeśli chodzi o ryzyko tzn. istnieje określony limit pokrycia owego ryzyka środkami banku. Jeśli bank chce pożyczać dalej musi zapewnić większe środki zabezpieczające. A jak ich nie ma? Trzeba zrobić tak aby aktywa obarczone ryzykiem powiedzmy 20% zamienić w aktywa obarczone mniejszym ryzykiem albo wręcz żadnym. Emitujemy więc obligacje pod wartość kredytów, bierzemy w garść grubą kopertę i udajemy się do instytucji ratingowej która określa stopień ryzyka naszego papieru. Tam kolega urzędnik przybija pieczątkę wystawiając naszemu świstkowi najwyższy możliwy rating i proszę hokus pokus z ryzykownych kredytów robi się całkowicie bezpieczny papier (bez)wartościowy o pięknej nazwie papier dłużny zabezpieczony hipotecznie.
Mając taki instrument sprzedajemy go za realna gotówkę wszystkim chętnym a tych nie brakowało.
Na całym świecie. Myślę że dalej nie muszę wiele pisać. Świat finansowy pewnego pięknego dnia obudził się mając w swojej talii ogromna ilość zupełnie bezwartościowych kart. Dlatego zaczęły się problemy nie tylko banków hipotecznych ale również banków inwestycyjnych a zapewne rychło patrzeć na problemy wielkich ubezpieczycieli.
Nasz bomba to jednak nie taki sobie granat a pocisk odłamkowy bowiem do całego opisanego mechanizmu należy dołożyć jeszcze operacje lewarowane czyli wykorzystywanie przez instytucje inwestycyjne efektu dźwigni finansowej która wynosiła nawet 1:250

Konkluzja: na obecnym etapie kryzysu mamy zatem trzy czynniki:
-interwencjonizm państwowy napędza rynek nieruchomości tanimi kredytami
-banki dzięki nie waham się tego napisać zwykłemu oszustwu i łapówkarstwu produkują bezwartościowe pseudo aktywa w ilościach hurtowych (takie partnerstwo publiczno prywatne)
-banki i instytucje inwestycyjne nie tylko sprzedają i kupują te świstki ale tworzą rynek lewarowanych kontaktów opartych na tych instrumentach.

Moim zdaniem co starałem się wyżej pokazać nie doszłoby do żadnego kryzysu gdyby panowała gospodarka wolnorynkowa, a możliwy stał się dzięki ogromnemu wsparciu ze strony banku centralnego i mechanizmom lipnej kontroli, które dawały fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Przejechaliśmy się, nie pierwszy raz, na zaufaniu do publicznych agend."

Moja działalność na tym całkiem fajnym forum (dla odpornych na przejawy skrajnych postaw pro i anty religijnych) znajdziecie tu LINK

czwartek, 15 stycznia 2009

Jak to wyginęli .... przecież to nie były mamuty?





... zareagował bohater seksmisji na informację że wyginęli faceci. Faceci to może nie mamuty ale z pewnością do grupy powoli wymierającej można spokojnie zaliczyć ... europejczyków.

Od wielu lat wiadomo, że ludność rdzennie europejska zmierza prostą drogą do wymarcia.
Myślę, że nie ma co owijać w bawełnę, trzeba sobie to po prostu uzmysłowić - jesteśmy skazani
na wymarcie. Może nawet i ta pesymistyczna nie-nowina by się nie ziściła gdyby nie fakt, że robimy w zasadzie wszystko aby do własnego wymarcia świadomie doprowadzić. Bowiem większość czynników, które powodują kryzys demograficzny, to przyczyny leżące w sferze naszych własnych zaniechań i czynów.

Nie jest chyba tajemnicą, iż społeczeństwa tzw. zachodnie starzeją się na potęgę. Sytuacja ta powoduje, że piramida finansowa, zwana obłudnie systemem ubezpieczeń społecznych, jest coraz bliżej totalnego krachu w większości państw socjal-europy, czyli w zasadzie niemal wszędzie. Aby system się nie posypał konieczni są nowi płatnicy.
Oczywiście, wyspecjalizowani, wykształceni i na ogół już zwyczajnie starzy europejczycy nie chcą się nadmiernie przemęczać, o wykonywaniu jakichś nieprzyjemnych prac nawet nie wspomnę.

Oba podane wyżej czynniki prowadzą do zjawiska powszechnego i obserwowanego na co dzień, czyli do przyjmowania przez bogate kraje emigrantów ekonomicznych z krajów biedniejszych. Początkowo napływ siły roboczej odbywał się ze stref wpływów kolonialnych i post kolonialnych czyli głównie z afryki i nieco z obu ameryk. Znaczenie społeczne emigrantów było w zasadzie żadne. Obecnie, rozszerzenie UE o biedniejsze kraje daje możliwość pociągnięcia nieco świeżej krwi z własnego kontynentu, a dodatkowo rosnąca liczba ludności napływowej, zaczyna powodować sytuację, w której znaczenie nowych członków społeczeństwa nie tylko rośnie ale zaczyna przeważać. Prowadzi to np. do sytuacji takich jak opisana w tym wpisie: LINK
Nuworysze EU szybko dostosowują się do pewnego poziomu krajów starych, choćby dlatego, że po prostu należy jak najszybciej udowodnić sobie swoją europejskość i nowoczesność.
Wśród wielu "cennych" nabytków kultury prawdziwego europejczyka jest jakaś dziwna awersja do rozmnażania się. Bynajmniej nie w sensie odbywania czynności o podłożu seksualnym, bo do tych wszem i wobec się zachęca, ale do naturalnych, było nie było, ich konsekwencji, w postaci posiadania potomstwa (nie mówię tu o zboczeniach rzecz jasna).
Po prostu - nie rozmnażamy się w tempie potrzebnym do zastępowania odchodzących pokoleń o jakiejś ekspansji nawet mowy nie ma.
Mimo rozwiniętej służby zdrowia i niesamowitej ilości gotówy włożonej w podtrzymywanie życia, ludzie w bogatym świecie oczywiście odchodzą. Dzięki opiece medycznej, w ciągu całego życia, oraz za sprawą niskiej umieralności noworodków, statystyki wieku wyglądają niesamowicie w zestawieniu z danymi historycznymi, jednak do nieśmiertelności jeszcze dość daleko.
Nie dalej jak dziś, wyczytałem, że badania statystyczne dotyczące przyczyn śmierci w europie na pierwszym miejscu stawiają choroby serca i układu krążenia, nowotwory i .... uwaga będzie nieprawomyślnie ..... aborcję.
Niesamowita sprawa i totalny absurd, który jednak za sprawą wielokrotnego powtarzania absurdem przestał być już dawno.
Mamy: starzejące się społeczeństwo, bankrutujący system ubezpieczeń emerytalnych, niemalże ciągłą potrzebę zasysania siły roboczej z zewnątrz w celu utrzymania funkcjonalności podstawowych usług no i opłacania składek emerytalnych rzecz jasna, a z drugiej strony ok. 20% europejczyków w ogóle nie rodzi się z uwagi na świadomą decyzję mamusi, tatusia lub obojga, że nie mają czasu, ochoty, pieniędzy itp. Przy czym nie mówię tu antykoncepcji czy innych sytuacjach kiedy nie dochodzi w ogóle do że tak powiem sposobności :-) Mówię o sytuacji w, której dziecko w zasadzie już jest niemal "gotowe" tyle, że go sobie nie życzymy.

Jedne z największych paradoksów i absurdów współczesnego świata - w krajach bogatych rodzi się mniej dzieci niż w ubogich, a jak zapytacie potencjalnych rodziców dlaczego to mamy takie oto "Niezwykle Istotne Dążenia":

- przedłużyć sobie młodośc i poszaleć jeszcze tak do 40-tki
- kariera, pieniądze, pozycja, znaczenie, ambicje
- lęk przed tym że ... uwaga ... nie będzie nas na dziecko stać

W najbogatszych krajach świata ludzie często boją się, że nie będzie ich stać. Rozumiecie to?
W tych krajach bezrobotny obszczymur z racji swojego lenistwa dostaje więcej kasy miesięcznie niż przez całe życie widział na oczy jakiś robotnik w chinach, na filipinach, w laosie, nepalu itp...
Ale nawet, ba, przede wszystkim, wysoko zarabiającego intelektualistę nie stać na dziecko?

Ręce opadają. Dlatego wymieramy i chyba słusznie. Chyba lepiej, że zastąpią nas nacje o podejściu nieco bardziej konserwatywnym, nastawione na przetrwanie i pozbawione, przynajmniej w znacznej części, wydumanych problemów. Kto powiedział, że cywilizacja nasza będzie umierać z hukiem suche badyle raczej odchodzą z dość cichym szelestem.

niedziela, 11 stycznia 2009

Czekając na Renesans cz.3 i 1/2

Zanim zbiorę się za następne odsłony cyklu chcę nawiązać do dotychczasowych wywodów.
Zapraszam Was na stronkę KLIK

W formie obrazkowej autor pokazał ewolucję najistotniejszych gadżetów obecnych czasów. Przy okazji zdjęcia te wydają się całkiem niezłą ilustracją mojej tezy. Zauważcie że absolutnie większość zmian jakie zaszły w tych urządzeniach dotyczą ... wielkości przy czym telewizory stały się wielkie a komórki małe, zamiast winyli odtwarzamy w samochodach płyty cd na wyświetlaczach mamy sporo kolorków i w sumie tyle.
Jeśli mamy jakiś postęp to w kwestii wielofunkcyjności urządzeń (co raz bardziej przeładowanych po prawdzie) oraz w kwestii nośników - postepuje "cyfryzacja" wszystkiego co się da z ewidentną szkodą dla jakości.

piątek, 9 stycznia 2009

Dża Ludzie



Spróbuje zrecenzować najnowszą płytę Izraela, choć to zadanie dla mnie wyjątkowo trudne.
Dlaczego?
Chyba dlatego, że ja akurat, nie specjalnie potrafię krytycznie oceniać ten zespół, który od wczesnych lat osiemdziesiątych był dla mnie czymś znacznie więcej niż po prostu grupą ludzi grających muzykę.
Po muzykę Izraela sięgnąłem wraz z wyjściem na winylu pierwszej płyty "Biada, Biada, Biada"
Byłem wówczas w szkole podstawowej a płytę można było za grosze nabyć w empiku.
Wszystko, począwszy od grafiki na okładce poprzez muzykę teksy i całą symbolikę, było dla mnie epifanią. Pomińmy jednak moją historię, dodam tylko, że jej ukoronowaniem była pyta "1991" która od tegoż roku do dziś (mamy 2009) stanowi nieprzerwanie numer jeden na mojej prywatnej liście przebojów albumów.

Ad rem:
Pierwszy odsłuch płyty dał dość mieszane uczucia. Po takim czasie w zasadzie nie wiedziałem czego oczekiwać. Pomyślmy, czy przez kilkanaście lat zespół miał się kompletnie nie zmienić i nagrać jakąś genetyczną kontynuację 1991? Takie rzeczy nie są chyba możliwe, z resztą czy na prawdę chcemy aby wykonawcy stanęli w miejscu, nie dojrzewali, nie zmieniali się?
Dlaczego mieszane uczucia?
Tu muszę przyznać, że każda kolejna płyta Izraela, nawet ta najlepsza, za pierwszym razem wzbudzała moje mieszane uczucia, gdyż zespół ten za każdym razem potrafił mnie zaskoczyć jakąś stylizacją, której nie oczekiwałem ale niemal zawsze było to coś do czego za drugim czy trzecim razem dochodziłem.
Co tym razem zatem mnie zadziwiło? Muzycznie czy też technicznie zespół brzmi chyba lepiej niż dawniej co w pewnym stopniu jest chyba też kwestią dochodzenia naszej fonografii do poziomu światowego. Jeśli miałbym pisać o stylistyce to wydaje mi się że Izrael przesunął się wyraźnie w kierunku nurów bardziej roots'owych. Z jednej strony trochę żal chłodnego momentami wręcz ostrego, brzmienia, którym w moim odczuciu charakteryzował się Izrael z drugiej strony jest ono nadal obecne a jedynie zeszło na dalszy plan. Jest nieco mniej eksperymentów rodem z Brygady Kryzys czy wręcz Armii pojawi się natomiast bardzo wyraźny akcent współczesnych produkcji spod trójkolorowej flagi, o których szczerze mówiąc nie wiem do końca co myśleć i tu jest właśnie to moje zmieszanie. Za dość dojrzałą formą muzyczną i potężnym feelingiem stoją teksty o dość zróżnicowanym poziomie. Co do zasady są one niezłe i jak zwykle niosą za sobą przesłanie konsekwentnie powtarzające się w reggae ale są takie zalatujące nieco hiphopowym narzekaniem na rzeczywistość. Całe szczęście uwagi te dotyczą w zasadzie jednego utworu pt. "Interesy" i nie chodzi mi o ogólny przekaz a o dość płytką jak na Izrael formę krytyki. Na osłodę mamy tu podkład chyba najbardziej Izraelowski z całej płyty pozostaje zatem nieco przymknąć oko tym bardziej że reszta jest już całkiem niezła. Drugim takim niego wprowadzającym zamieszanie nagraniem jest "Życie to chwila", ale dotyczy to w zasadzie tylko zwrotki - po prostu akurat nie przepadam za taką manierą śpiewania. Na drugim biegunie są w zasadzie wszystkie pozostałe kompozycje.
Płyta ma własny rytm i własną kompozycję jako całość. Widać (no raczej słychać) to, kiedy wybrzmią ostatnie dźwięki ostatniego nagrania, które jest jednym z najlepszych na płycie i w ogóle. Płyta jest zdecydowanie bardziej liryczna i wewnętrzna niż 1991, przypomina w tym sensie raczej "Duchową Rewolucję"(odległe skojarzenie ale takie mam gdyż "Duchową ..." odbieram jako najbardziej refleksyjną płytę dotychczas). Jedno z nagrań przy każdym odsłuchu nieodmiennie kojarzy mi się z poezją śpiewaną, ale jest to bardzo dobre skojarzenie. Ogólnie, jako fanowi zespołu, początkowo niełatwo mi było całkiem zaakceptować te nowości, ale po 4-5 odsłuchaniach jestem pewien, że zespół rozwinął i dojrzał w dobrym kierunku, pod każdym względem. Nawet te dwa kawałki, które mi nieco nie leżą, mają swój pozytywny wymiar, widać że Izrael nie stracił kontaktu ze współczesnością i nie jest tylko nostalgicznym wspomnieniem, lecz żywym organizmem, receptywnym, zdolnym do poruszania naszych uczuć dusz i sumień.

Ocena końcowa - jest to pozycja obowiązkowa jak wszystkie płyty Izraela, czas pokaże czy na mojej liście przebojów nie dojdzie do jakichś przetasowań bo niemal za każdym nowym odsłuchem przekonuję się że to doskonała płyta.

One Love :-)

środa, 7 stycznia 2009

Ateizm czy antyteizm




Mam wrażenie, że prawdziwych ateistów w ogóle nie ma, ewentualnie jest ich nie zbyt wielu i nie bardzo jest jak do nich dotrzeć, bowiem nie afiszują się ze swoimi poglądami. Ci o których tak głośno to antyteiści.
Dlaczego tak sądzę? Jak przeprowadzić linię demarkacyjną ? Myślę że wbrew pozorom to dosyć proste.

Usiądź sobie spokojnie czytelniku i zastanów się z iloma różnymi pomysłami i ideami spotkałeś się w życiu. Zapewne z wieloma z nich nie zgadzałeś się, a jednak nie zapisał się do klubu ich przeciwników prawda? Nie definiujesz się przecież jako "a-hamburgerowiec" czy "a-szpinakowiec" czyż nie ?
Nie przedstawisz się, poznanej świeżo osobie, jako przeciwnik tezy o istnieniu UFO, ani nie wymyślasz jakby się tu określić skoro uznajesz, że Atlantyda to tylko legenda.
Jest wielu ludzi wierzących w istnienie Yeti, Ty do nich nie należysz, ba uważasz, że wiara tak jest głupia i co z tego? Czy prowadzisz w związku z tym jakieś kampanie uświadamiające ? Czy masz w pogardzie ciemniaków, którzy w Yeti wierzą ?
Otóż to, ateista też nie robi takich rzeczy. Ateista na pytanie czy wierzy w jakąkolwiek formę absolutu odpowiada "nie" i koniec, zapytany dlaczego mówi - "bo nie wierzę" i tyle.
Co innego antyteista, który niesłusznie nazywa siebie ateistą.
Antyteista jest jak greenpeace w świecie trujących korporacji religijnych.
Antyteista wie o religii i jej historii zdecydowanie więcej niż jakikolwiek wierzący. Przeczytał pobieżnie lub dogłębnie wszystkie święte księgi, aby sobie, a przede wszystkim swojemu otoczeniu udowodnić, że są to bujdy na resorach.
Antyteista, mimo demonstrowanej niechęci do religii i wiary, w zasadzie definiuje siebie samego w oparciu o religię i wiarę ale jak mu na to zwrócisz uwagę, będzie udawał prawdziwego ateistę.
Antyteista nie jest obojętny względem przekonań religijnych, raczej jest to typ wysoce emocjonalny, najczęściej jego wywody i argumentacja do złudzenia przypomina działalność kaznodziejską tyle że w drugą stronę. Wyraźnie widać poczucie misji i chęć nawrócenia innych na swoje poglądy które wszak są tak mądre i racjonalne.
Antyteista lubi być kontrowersyjny i lubi "kalać świętości", przy czym nie robi tego z niewiedzy (bo jak już napisałem ma bardzo obszerną wiedze o religii) lecz aby pokazać swoją religijną abnegację.
Antyteista to człowiek raczej zakompleksiony, który nie szanuje innych ludzi. Ma gębę pełną frazesów o wolnomyślicielstwie i prawie do wiary lub nie wiary, ale to tylko frazesy, gdyż ma on w głębokiej pogardzie "ciemny lud", który wierzy. Jest przekonany o swoim wybitnym intelekcie, który pozwala mu na uwolnieni się z nieracjonalnej pułapki wiary.
Antyteista być może jest ateistą ale częściej jest kimś kogo można by określić religijnym scjentystą. Jego głębokie pokłady sceptycyzmu mają charakter jednostronny, bowiem bez zmrużenia okiem łyka wszelkie "naukowe wyjaśnienia".

Mam dużo szacunku dla prawdziwych ateistów oraz dla ludzi którzy są religijni w sposób prawdziwy i konsekwentny. Obie te postawy wymagają sporo samozaparcia i pewnej odwagi, choć szczerze mówiąc … ci ludzie za siebie nie mogą, jeden po prostu wierzy a drugi nie.
Mam dużo zrozumienia dla ludzi "nawykowo religijnych" bo przyzwyczajenie jest drugą naturą i nie każdy musi się zaraz mocować ze swoim sumieniem, czy filozofią życiową, z resztą nie każdy ma na to czas i ochotę.
Odczuwam natomiast głęboką niechęć do antyteistów i innych nawracaczy na racjonalizm. Nie ma w ich postawie odwagi, jest natomiast pogarda dla innych, brak im konstruktywnych propozycji, co zresztą typowe jest dla wszelkich opcji „anty”.

Na pocieszenie wszystkich Dawkinsowych antyteistów muszę dodać, że większość z nich zapewne się nawróci – zbyt wiele czasu poświęcają religii i kiedyś może im to wejść w nawyk zbyt głęboko. Pamiętajmy że nienawiść bywa po prostu nieakceptowaną wewnętrzne projekcją fascynacji.

niedziela, 4 stycznia 2009

Śpij spokojnie - władza czuwa



Jeden z dzisiejszych nagłówków WP głosi cyt. "Brytyjski rząd walczy z otyłością". Moje pierwsze skojarzenie to oczywiście, że w rządzie znalazło się zbyt wiele osób otyłych i że może to jakoś źle wpływa na PR władzy. Niestety nic bardziej mylnego. Otóż ów rząd, wzorem wielu rządów, wielu innych krajów, podjął za pieniądze podatników akcję uświadamiania ludziom co mają jeść i jak mają żyć. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu tego typu arogancja władzy (czy też jakieś totalne skretynienie, bo nie wiem co jest w tej sytuacji bliższe prawdzie, czy ludzie ci są tak aroganccy czy tak głupi) byłaby chyba niemożliwa. Promowanie zdrowego sposobu życia, aktywności ruchowej itd. itp. to są oczywiście rzeczy wartościowe, ale nie wydaje Wam się, że tego typu promocją powinni zajmować się rodzice, przedszkolanki, nauczyciele itp. ? Innymi słowy rodzice wraz z całym, sowicie opłacanym z ich kieszeni bezpośrednio oraz pośrednio bo z podatków, aparatem wspierającym wychowanie ? Nie dalej jak poprzednim razem pisałem o absurdach które nie rażą bo zbyt często się z nimi spotykamy. Oto kolejny ich przypadek.

Potencjalnym krytykom tego co napisałem przypomnę, iż w większości krajów, co nie omija także GB, są ministerstwa oświaty i instytucje oświatowe, są zajęcia sportowe czy ćwiczenia w szkołach i przedszkolach , dzieci uczy się higieny w skład której wchodzi jakaś wstępna wiedza o odżywianiu. Realizując tego typu durnowaty program jakikolwiek rząd powinien się chyba zastanowić się że czyniąc to strzela sobie w kolano. Bowiem, jeśli faktycznie istnieje taka potrzeba to znaczy, że kompletnie zawodzi system wychowawczy w kraju, a wszak już od lat jednym z elementów owego systemu wychowawczego naszych dzieci jest rząd właśnie.

Może w tym właśnie tkwi problem,
że owego rządu wszędzie pełno ?