środa, 30 grudnia 2009




Noooooo to była przerwa co się zowie. Kilka miechów więc zanim zacznę coś kontynuować małe noworoczne podsumowanie:

1) klimat jednak się ... ochładza o czym mówi się coraz głośniej. Jakiś haker upublicznił e-maile wysyłane przez prominentnych "ociepleńców" z których jak wół wynika że manipulowano danymi. Klimat-gate jest obecnie bardzo usilnie tuszowana, powstają jakieś niedorzeczne listy poparcia niczym rekomendacje partyjne dla zagrożonych wywałką z kombinatu nierobów. Jakoś bez echa przeszły też wyniki badań pewnego szkota (z całym szacunkiem nie pomnę nazwiska i był to jak najbardziej naukowiec), który wykazał że epoka lodowcowa mogła być procesem który nastawał nie przez dziesiątki lat, a przez kilka miesięcy. Nie zależnie od wszystkiego, jak pasażerowie tonącego Titanika dalej podrygujemy w rytmie walczyka opłat za emisję gazów cieplarnianych.

2) innowacyjność szaleje na maxa ;-) w komórkach mamy już 12 mpix, a Wilkinson po latach badań odkrył że po liczbie trzy mamy liczbę cztery a potem ... pięć i wprowadził golarki 4-ro i nawet bodaj 5-cio ostrzowe - prawdziwy wypas i nowość, konkurenci już teraz zasiadają do skomplikowanych symulatorów multimedialnych aby ustalić dalsze kierunki rozwoju, pojawiają się nieśmiałe wzmianki o liczbie 6 ... ale to chyba już zbyt rewolucyjne jak na jeden rok. LHC stał przez większość roku odłogiem ale miał swój moment tryumfu bowiem pokazano go w filmie Aniły i Demony co spowodowało że wredni jankesi może wreszcie zrozumieją że w Europie też jest hipertechnologia. Mamy nowiutkiego Windowsa 7 którego wygląd przypominana vistę ale ponoć ma być lepszy, możliwości interakcji z nowym systemem nie odbiegają od pierwszych systemów okienkowych klawiatura i mysz trzymają się dzielnie :-)

3) krążą plotki że w USA w jakiejś kopalni znaleziono wreszcie tajemniczą ciemną materię której jakoś nie możemy znaleźć mimo że stanowi 90% masy wszechświata. Poczekajmy jednak z wnioskami bo owo odkrycie może być po prostu marketingowo pr-ową odpowiedzią na LHC.

4) Moja skromna osoba po okresie słodkiego nieróbstwa trafiła do pracy zatem spodziewajcie się moi nieliczni lub wręcz nieistniejący czytelnicy nowego nurtu przemyśleń ale o tym już może w nowym roku.

np to tyle po przerwie

happy new year to all :-)

czwartek, 13 sierpnia 2009



No cóż jakiś czas temu wspominałem o absurdzie teorii "global warming". Bez dowodów (chyba że serio potraktujemy ilustrujący dzisiejszy wpis obrazek - to może być dowód na coś przyznacie sami), bez solidnych podstaw, na bazie hałasu, lęków i chęci zarobienia, grupa polityczno-ekonomiczno-ekologiczna wtłoczyła nam do głów efekt cieplarniany, jego katastrofalne skutki a co za tym idzie konieczność ponoszenia horrendalnych kosztów w celu zapobieżenia ich wystąpieniu.

Na drugim biegunie znajdowała się wcale nie licha i bynajmniej nie głupia grupa ludzi którzy wieszczyli coś kompletnie odwrotnego czyli ... globalne ochłodzenie. Ci jednak wpływów politycznych nie mieli i co gorsza nie byli w żadnym razie potencjalnie dobrym źródłem okradania społeczeństwa, więc się ich umiejętnie wyciszało, a ich tezy wyszydzało w publikatorach pseudonaukowych. Polecam lekturę Polityki, a w razie gdyby link zawiódł a egzemplarz był zupełnie niedostępny wklejam tu mały fragment:

"Panel uczonych, zorganizowany przez National Oceanic and Atmospheric Administration (NOAA) i NASA, ogłosił 29 maja, że maksimum 24 cyklu można spodziewać się w maju 2013 r. i będzie wtedy 90 plam (link na naszej stronie internetowej). Ma to być najsłabsze maksimum od 1928 r., kiedy to pokazało się tylko 78 plam. Ale tej opinii nie podzielili wszyscy paneliści – niektórzy uważają, że w maksimum będzie zaledwie 70 plam. Takie przepowiednie słabo się sprawdzają, ponieważ nastąpiła zmiana magnetyzmu Słońca, której przyczyn nie znamy. Dlatego obserwacje z poprzednich dziesięcioleci nie pasują do dzisiejszej sytuacji.

Astronomowie obawiają się, że obecna faza aktywności Słońca może być podobna do tego, co działo się w tzw. minimum Maundera, kiedy przez 70 lat (1645–1715) liczba plam nie przekraczała trzech, a temperatura na Ziemi była najniższa od 8 tys. lat. Europejskie rzeki zamarzały rokrocznie, przez Bałtyk jeździło się saniami, a alpejskie lodowce schodziły daleko w doliny, niszcząc pola i osady. W podobną, lecz krótszą drzemkę Słońce wpadło w minimum Daltona (1790–1820), gdy średnia temperatura była o 2–4 st. C niższa niż w XX w. Wtedy (w 1812 r.) Napoleon szedł na Moskwę. Na podstawie zmian aktywności Słońca niektórzy astronomowie przewidują, że Ziemia zacznie się ochładzać od 2015 r. i wkroczy w zimny okres w latach 2021–2026 lub 2050–2060, podobny jak podczas minimum Maundera. Natomiast długoterminowe oziębienie przewidywane jest na lata 2100–2200.

Znani klimatolodzy, Wallace Broecker z Columbia University i Reid Bryson z Wisconsin-Madison University, twierdzą, że za około 50 lub 500 lat może nadejść nowa epoka lodowa – taka, jaka skończyła się około 10 tys. lat temu, gdy znaczna część półkuli północnej naszego globu pokryta była lodem grubości 3 tys. m. Jak uczy geologia, nowe zlodowacenie nadejdzie nieuchronnie i będzie wielkim wyzwaniem dla cywilizacji."


SIC !!! Pewnie padłbym ze śmiechu na miejscu, ale mam dwa powody dla których jakoś mi się śmiać nie chce:

1) ciekawi mnie kiedy przestaniemy być rabowani przez oszołomów ponosząc koszty globalnego ocieplenia w postaci np. znacznie wyższych rachunków za media

2) kto i jak naprawi szkody które już się stały a do takich należy zaliczyć na przykład zmarnowane środki na infrastrukturę, patenty, licencje, opłaty za emisję czy w końcu oszpecenie ogromnych obszarów kompletnie nieekologicznymi farmami wiatraków.


No. A tak poza tym to czekam teraz na zachęty do emitowania maksymalnej ilości CO2 bo efekt cieplarniany może nam jak się okazuje uratować tyłki przed odmrożeniem :-D

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Czekając na Renesans cz. 4

No to wracamy z zaświatów tym bardziej że oto pojawił się fajny artykulik pod tym adresem
Pokazuje on ewolucje różnych sprzętów w ciągu 10 lat i serwuje wnioski. Cóż chyba Was nie zadziwię jeśli stwierdzę że wnioski te nie bardzo moim zdaniem pasują do materiałów. Jak zwykle bywa ktoś przyjął tezę a priori i potem mu wyszło że wszystko ją potwierdza, a potwierdza się w zasadzie tylko to że żyjemy w czasach kiedy znikome zmiany jakościowe są zalane obficie sosem zmian ilościowych i podane jakby działo się nie wiadomo co.
Z resztą proszę bardzo, jaka to różnica nastąpiła w kwestii komputerów otóż są .... tańsze :) mają więcej pamięci i większe dyski, wyżej taktowane procesory i tyle. Zauważcie nie pojawił się nawet jakis przełomowy pomysł na nowy procesor bo od nawet czasów dawniejszych dominującym modelem jest x86 z modyfikacjami ale o tym już w artykule nie ma. Więcej rdzeni mniej mikronów więcej Gigahertzów ot i tyle. Jak nie szło z komputerem pogadac tak nadal nie idzie jakies raczkujące interfejsy dotykowe można by uznać za początek czegoś nowego ale nadal metoda komunikacji z komputerem pozosytaje zasadniczo niezmienna od lat. Nie chcę tu przepisywać artykułu sami zobaczcie te epokowe różnice typu kształt myszki albo ilość wodotrysków w telefonie. Generalnie więcej ale czy i o ile lepiej? Jedyne co do mnie może trochę przemawiać to rozwój technologii bezprzewodowej bo to faktycznie w jakiś sposób zmienia jeśli nie metodę komunikacji z maszyną to przynajmniej uwalnia nas czasmi od biurka i fotela,no jest to coś.
Mam cały czas wrażenie jakiegoś wielkiego pomylenia pojęć. Od czasów jakichś pierwszych spektrumów a nawet i wtedy, nie pracujemy z komputerem tylko z jego softem. Istotne są zatem dwa elementy - optymalne działnie softu na maszynie (no tu raczej wiele pozostawia do życzenia nadal) i optymalna interakcja moja czyli usera z tymże softem , a tu nie ma w zasadzie większych zmian siedze i klepie w klawiaturę, która może jest bardziej płaska i ma kilka dodatkowych klawiszków których i tak nie używam, klikam myszką (jedyny przełom - rolka) i tyle. Jak nie mogłem edytorowi podytktowac tekstu, tak nadal nie mogę, jak nie mogłem zdać pytania niczym Ripley w pierwszym Obcym tak i mam. Nadal uczę się składni zapytań tak żeby skutecznie coś odnaleźć nawet w Google. Zaglądam do skrzynki pod biurkiem i co widzę ... to samo co 10 lat temu płyta główna, ram, dysk, napędy, procek, karta graficzna kupa kabli i kurzu no może wiartaków więcej :D Odpalam arkusz kalkulacyjny i robię w nim to samo i tak samo jak 10 lat temu odpalam grę i co kieruję jakąś postacią która po prostu ładniej wygląda tyle że robię to tak samo jak 10 lat temu kursory jakieś inne klawiszki czasem mycha. Odwróćcie głowę od ekranu i popatrzecie na siebie - robicie dokłade to samo co w pierwszych grach, poza pomysłem jaki zastosowało Nintendo w Wii (o to jest zmiana jakościowa, tyle że w konsolach) nihil novi.
Tymczasem marketing robi swoje i sprzedaje nam co raz więcej, nie co raz lepiej czy chocby inaczej. Nie ma innowacyjności jest mnożenie parametrów przy niemal identycznej funkcjonalności.

środa, 3 czerwca 2009

Plany ? a może ...




W zasadzie to nie mam nic do napisania. Pod czachą pusto kompletnie. Uciekłem jak na razie z okropnego miejsca we własnej duszy. Chyba lęk przed tym co w sobie znalazłem okazał się lepszym lekiem niż wszystko inne. Pisałem o tym poprzednio trochę, ten stan ... niesamowite, nieopisywalne. Nie planuję jeszcze życia, nie mam pomysłów. Planuję jednak żyć a to już spory postęp.

A może jedno - chcę postudiować jeszcze trochę, padło na prawo amerykańskie, kurcze wykłady po angielsku trzeba będzie przysiąść :)


cdn...

poniedziałek, 25 maja 2009

O ludzkiej psychice




Przez długi czas uważałem że kryzysy psychiczne to rzeczy z którymi łatwo sobie radzić. No może nie łatwo ale powiedzmy że jak człowiek siądzie i pomyśli to i wymyśli. Ostatnia moja życiowa przygoda ze zdradą żony i jej odejściem pokazała że nawet taki chłodny i mało emocjonalny typ jak ja może znaleźć się w miejscu gdzie ból zaczyna mącić zmysły.
Serio myślałem, że te opisy bólu po stracie są jakimiś literackimi wizjami, przesadzonymi podkolorowanymi. A jednak. Poczucie beznadziei niszczy komórki mózgowe nie gorzej niż powiedzmy wdychanie butaprenu.
Jeśli wydaje się Wam, że kochacie życie i jesteście do niego przywiązani, ba potępiacie desperatów, którzy tchórzliwie próbują go sobie odebrać (to ja dawniej), to przygotujcie się na całkiem nową prawdę - chęć śmierci i możność jej wyobrażenia sobie jest na prawdę momentami czymś kojącym, coś jak chłodny prysznic w letni dzień. Nie wiem czemu tak jest, pewnie obietnica końca jakiegoś bólu zaczyna być, w zrozumiały sposób bardziej kusząca niż obietnica jego dalszego trwania. Tak właśnie ludzie cierpiący pojmują kwestię powiedzmy eutanazji. To na prawdę JEST zrozumiałe. Może jest to zrozumienie na poziomie jakichś stanów depresyjnych ale jest.

Aby znaleźć jakieś zrozumienie dla swojego bólu udałem się w dość dziwne dla mnie miejsce na portal randkowy i założyłem sobie tam profil o proszę bardzo . Wszelkie czytelniczki stanu wolnego, z wyjątkiem tej która mnie już raz wystawiła, serdecznie zapraszam :)

W sumie stała się rzecz dość dziwna bo w tym miejscu gdzie w zasadzie nie wiedziałem czego się spodziewać, nawiązałem kilka kontaktów, które niebywale mi pomogły i nadal pomagają. Znalazłem osoby gotowe mnie wysłuchać, coś poradzić, ludzi o podobnych doświadczeniach.
Nie jestem w stanie powiedzieć czy moje poprawy stanu są czymś trwałym a i do ich końca jeszcze długa droga ale w tym miejscu jest ważne że gdzieś są jacyś całkiem życzliwi ludzie którzy dość bezinteresownie chcą mi pomóc. Może nie zwraca to jeszcze sensu mojemu życiu ale zwraca odrobinę wiary w człowieka. Widać nie wszyscy są toksyczni.

sobota, 16 maja 2009

Stare, nowe czyli jak umierają uczucia


Postanowiłem reaktywować mojego bloga. Szukałem wielu miejsc aby się wygadać a to jest chyba równie dobre jak każde inne.

Jak to szło ? "... i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to że Cię nie opuszczę aż do śmierci ..."
Okazuje się że śmierć jest pojęciem mocno względnym.
Może z resztą autor tej przysięgi, jak też osoby, które ją składają robią to z jezuickim cichym zastrzeżeniem, a może chodzi o interpretację pojęcia śmierci , bo niby czyja lub czego?
Po za tym - czy może umrzeć coś co się nie narodziło? We mnie sie narodziło więc umiera i niestety nie jest to szybka i bezbolesna śmierć. Czy są jakieś hospicja dla duszy?

Pewnie domyślacie się skąd te matrymonialne przemyślenia. Tak drogie panie, nagle ku mojemu zdumieniu stałem się znów singlem.
Jeśli komuś wydaje się to fajnym powrotem do młodości to ... nie całkiem tak wygląda. Jak bowiem można się narodzić na nowo hehe główny problem biblijnego Nikodema.

CDN ...

... CD

Popatrzymy na jedną liczbę - 17

17 lat.

Dziecko które urodziło się w dniu naszego spotkania byłoby dziś niemal pełnoletnie. Nasz własne ma 4 lata, takie trochę spóźnione, ale jednak 4 lata - tyle trwał cały mój ogólniak, a przecież wtedy był to kawał życia.

8+4+5= 17 lat - to okres równy całemu okresowi mojej edukacji od podstawówki aż do końca studiów.

17 lat - 46% mojego całego życia od urodzin do teraz, niemal połowa.

Tyle jeśli chodzi o skalę.

Jak gołymi rękami wyrwać 17 letnie drzewo, jak wypalić korzenie? czy da się amputować pół człowieka tak aby drugie pół przeżyło?

CDN ...

sobota, 31 stycznia 2009

Panaceum czy seppuku - Etatyzm



Nie po raz pierwszy w historii, tytułowy etatyzm jest przedstawiony jako lekarstwo na sytuacje kryzysowe. Czy etatyzm naprawdę leczy czy też jest jak przystawianie kanarka chorym na żółtaczkę

Etatyzm to oczywiście jeden z głównych antagonistów liberalizmu zakładający stopniowe wzmacnianie sfery publicznej, budowanie państwowych firm i przejmowanie kontroli na prywatnymi. Nacjonalizacja to rzec można największe święto etatyzmu. Najpełniejszą chyba w historii próbą implementacji etatyzmu były państwa nazistowski i komunistyczne. Nie rzecz w tym aby opisywać etatyzm bo od tego są encyklopedie natomiast ciekawie zaczyna nam sie kształtować sytuacja na świecie i stąd moje dalsze historyjki


1. G.Soros, co można wyczytać z licznych newsów, nie tylko wspiera ale wręcz domaga się interwencji państwa w związku z kryzysem, powtarzając jak zdarta płyta mantrę o kryzysie większym niż w latach 30 - tych. Czego chce Soros - nacjonalizacji banków. Czy jest to dziwne ? I tak i nie. Jeśli uznamy Sorosa za jakiś ideologiczny filar kapitalizmu (dla wielu ludzi jak ktoś jest "wielkim posiadaczem" to jest jednocześnie jakąś ikoną kapitalizmu, nawet, a wręcz szczególnie, jak plecie dyrdymały od rzeczy) to oczywiście jest to dziwne ale jeśli uznamy go za człowieka, którego biznes zaczyna się sypać i chętnie za pieniądze podatników podłata swoje imperium - to co w tym dziwnego. Soros zatem i nie tylko on dołączył do hurtu etatystów ciekawy obrót rzeczy przyznacie.

2. Nasz były premier Marcinkiewicz rozwodzi się. Dzięki temu faktowi, niczym rasowa gwiazda show biznesu, po chwilowej nieobecności skierował na siebie światła jupiterów. Postać w sumie dość żałosna choć nie pozbawiona pewnego uroku i niestety skazana na przelatywanie przez nagłówki gazet co jakiś czas. Ale ja nie o tym. Otóż dzięki wyjściu z cienia (no nie "tym" wyjściu - jego nowa partnerka to jednak kobieta) dowiadujemy się co porabia nasz premier na wychodźstwie. Otóż przeniósł się z EBOiR do Goldman Sachs oraz doradza jakiemuś bliżej nieokreślonemu funduszowi inwestycyjnemu.

przypomnijmy może, złośliwie, karierę zawodową pana M. (źródło Wikipedia):
W latach 1982-1989 był nauczycielem matematyki i fizyki w Szkole Podstawowej nr 17 w Gorzowie Wielkopolskim, następnie wicedyrektorem jednego z Zespołów Szkół Ogólnokształcących w Gorzowie Wlkp. (1989-1990), kuratorem oświaty w Gorzowie Wlkp. (1990-1992), wiceministrem edukacji narodowej w rządzie Hanny Suchockiej (1992-1993), wicedyrektorem Wojewódzkiego Ośrodka Metodycznego w Gorzowie Wlkp. (1994-1995) i dyrektorem Zespołu Kolegiów Nauczycielskich (1995-1997). Był również głównym inicjatorem powołania w Gorzowie Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej. W latach 1994-1998 był prezesem Fundacji na rzecz Gorzowskiej Szkoły Wyższej, a od 1997 przewodniczącym Konwentu PWSZ. Jest też działaczem funkcjonującego przy tej uczelni pierwszoligowego klubu koszykarskiego kobiet (AZS PWSZ Gorzów).

Po tym okresie zaczęły się istne cuda - nauczyciel fizyki i działacz oświatowy zostaje doradcą prezesa największego banku detalicznego w Polsce, potem startuje w konkursie na jego prezesa, wycofuje się ale trafia do kolejnej państwowo-prywatnej instytucji jaką jest EBOiR a stamtąd do Goldmana.

Ot kariera w stylu etatystycznym. Jak myślicie ilu aktualnie kończących studia i podyplomówki o profilu ekonomicznym, czy z zakresu bankowości dojdzie tam gdzie doszedł nasz genialny rodak

Mamy zatem nawoływanie do pogłębienia i tak powszechnego niemal zjawiska, oraz przykład jaki typ stosunków publiczno-prawnych i na czym opartych, etatyzm promuje.

moja konkluzja - zaczynam bać się świata po kryzysie

tekst w nieco tylko zmodyfikowanej formie opublikowany jako zagajenie wątku na forum racjonalisty a nuż wyjdzie jakaś ciekawa dyskusja.

czwartek, 29 stycznia 2009

Przyczyny kryzysu




Poniżej wklejam to co napisałem na forum Racjonalisty w ramach mojej próby dotarcia do ludzi z nieco inną niż oficjalna wersją wypadków.

"Dużo było o kryzysie w dotychczasowych wątkach ale zbrakło miejsca na opis sytuacji, więc pozwalam sobie na jeszcze jeden wpis.
Jak w moim (i nie tylko moim) pojęciu naprawdę doszło do tego że problemy ze spłatą kredytów hipotecznych doprowadziły do tego że nagle stanęliśmy wobec globalnego kryzysu już nie tylko instytucji finansowych ale w zasadzie większości istotnych branż.
Bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości de facto była jedynie zapalnikiem tej całej bomby. Jednak od niej wypada rozpocząć. Idea taniego kredytu czy też po prostu preferencji kredytowych nie jest niczym nowym. Interwencjonizm państwowy zakłada możliwość odpowiedniego stymulowania gospodarki tak aby podążała ona w odpowiednim kierunku czyli wzrostu. Opiera się on w lwiej części o idee Keynesa i jego następców którzy uznali iż można a nawet należy manipulować globalnym popytem. Jak to zrobić? Najprostszą drogą do tego jest oczywiście zapewnić kupującym dostęp do pieniędzy za które będą kupować. Jako że pensje nie mogą stale rosnąć konieczne jest aby nasz kupujący mógł pozyskać dodatkowe środki na zakupy czyli kredyt. Jednak wraz ze stopniowym zadłużaniem się naszego konsumenta stopniowo maleje do zera jego zdolność kredytowa, maleje szybko chyba, że równocześnie, stopniowo będziemy mu te obciążenia zmniejszać zmniejszając oprocentowanie kredytu. Stopy kredytów ustalają banki które ich udzielają ale przecież czynią to w oparciu o stopy ustalane przez bank centralny, w wielu umowach oprocentowanie jest wprost określone jako np. LIBOR+marża bez podania ich liczbowej wartości.
Bank centralny staje się zatem podstawowym podmiotem wpływającym na popyt i podaż kredytów. Utrzymywanie stóp na niskim poziomie powoduje oczywiście swoistą eksplozję kredytową, ludzie zasilają się w gotówkę i ruszają na zakupy, producenci łatwiej znajdują nabywców i wszystko wygląda różowiutko do czasu aż nie zajrzy nam w oczy wizja inflacji. Wtedy zaczyna się proces odwrotny, podwyżki stóp, zmniejszenie ilości gotówki na rynku i schładzanie rozpędzonej gospodarki po to aby zapobiec inflacji. Takie podrygi to właśnie skutek interwencji rynkowych państwa.
Mamy zatem sytuacje w której punktem honoru administracji rządowej jest zapewnienie każdemu obywatelowi godziwych warunków mieszkaniowych, jeśli presji polityków ulegnie bank centralny (pamiętacie zapewne próby wpisania do ustawy o NBP zapisów o odpowiedzialności za wzrost gospodarczy co by oznaczało niemal automatyczne uzależnienie banku centralnego od tej huśtawki politycznej) to mamy boom na rynku nieruchomości. Ludzie kupują domy bo stać ich na spłatę nisko oprocentowanych kredytów buduje się potężny popyt (Keynes się cieszy) a co za tym idzie rosną ceny. Pamiętajmy jednak o inflacji następuje moment w którym dalsze przeciąganie struny uruchomi tę paskudę więc bank centralny chciał nie chciał musi zacząć pedałować w drugą stronę. W normalnej sytuacji nie dzieje się nic groźnego ale w sytuacji gdy nieracjonalnie niskie stopy utrzymywano nieracjonalnie długo a kredyty zaczęli dostawać ludzie w zasadzie niezdolni do ich spłacania, nagle bardzo szybko kredyty padają a na rynek trafia masa nieruchomości które muszą być szybko sprzedane na spłatę zadłużenia. Rośnie ponad miarę podaż, spada popyt cena leci na pysk. Banki bezpośredni zaangażowane w udzielanie kredytów oraz inne refinansujące te kredyty zaczynają mieć problemy.
Tyle jeśli chodzi o zapalnik przejdźmy do bomby właściwej. Jest nią zjawisko sekurytyzacji czyli w skrócie mówiąc zamienianie aktywów jakimi są zobowiązania klientów banków, na obligacje. Po co banki dokonywały tego manewru. Aby móc udzielać dalszych kredytów. Jak to działa? Kredyt udzielony klientowi ma oznaczony stopień ryzyka różny od zera, Bank ma ograniczone możliwości jeśli chodzi o ryzyko tzn. istnieje określony limit pokrycia owego ryzyka środkami banku. Jeśli bank chce pożyczać dalej musi zapewnić większe środki zabezpieczające. A jak ich nie ma? Trzeba zrobić tak aby aktywa obarczone ryzykiem powiedzmy 20% zamienić w aktywa obarczone mniejszym ryzykiem albo wręcz żadnym. Emitujemy więc obligacje pod wartość kredytów, bierzemy w garść grubą kopertę i udajemy się do instytucji ratingowej która określa stopień ryzyka naszego papieru. Tam kolega urzędnik przybija pieczątkę wystawiając naszemu świstkowi najwyższy możliwy rating i proszę hokus pokus z ryzykownych kredytów robi się całkowicie bezpieczny papier (bez)wartościowy o pięknej nazwie papier dłużny zabezpieczony hipotecznie.
Mając taki instrument sprzedajemy go za realna gotówkę wszystkim chętnym a tych nie brakowało.
Na całym świecie. Myślę że dalej nie muszę wiele pisać. Świat finansowy pewnego pięknego dnia obudził się mając w swojej talii ogromna ilość zupełnie bezwartościowych kart. Dlatego zaczęły się problemy nie tylko banków hipotecznych ale również banków inwestycyjnych a zapewne rychło patrzeć na problemy wielkich ubezpieczycieli.
Nasz bomba to jednak nie taki sobie granat a pocisk odłamkowy bowiem do całego opisanego mechanizmu należy dołożyć jeszcze operacje lewarowane czyli wykorzystywanie przez instytucje inwestycyjne efektu dźwigni finansowej która wynosiła nawet 1:250

Konkluzja: na obecnym etapie kryzysu mamy zatem trzy czynniki:
-interwencjonizm państwowy napędza rynek nieruchomości tanimi kredytami
-banki dzięki nie waham się tego napisać zwykłemu oszustwu i łapówkarstwu produkują bezwartościowe pseudo aktywa w ilościach hurtowych (takie partnerstwo publiczno prywatne)
-banki i instytucje inwestycyjne nie tylko sprzedają i kupują te świstki ale tworzą rynek lewarowanych kontaktów opartych na tych instrumentach.

Moim zdaniem co starałem się wyżej pokazać nie doszłoby do żadnego kryzysu gdyby panowała gospodarka wolnorynkowa, a możliwy stał się dzięki ogromnemu wsparciu ze strony banku centralnego i mechanizmom lipnej kontroli, które dawały fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Przejechaliśmy się, nie pierwszy raz, na zaufaniu do publicznych agend."

Moja działalność na tym całkiem fajnym forum (dla odpornych na przejawy skrajnych postaw pro i anty religijnych) znajdziecie tu LINK

czwartek, 15 stycznia 2009

Jak to wyginęli .... przecież to nie były mamuty?





... zareagował bohater seksmisji na informację że wyginęli faceci. Faceci to może nie mamuty ale z pewnością do grupy powoli wymierającej można spokojnie zaliczyć ... europejczyków.

Od wielu lat wiadomo, że ludność rdzennie europejska zmierza prostą drogą do wymarcia.
Myślę, że nie ma co owijać w bawełnę, trzeba sobie to po prostu uzmysłowić - jesteśmy skazani
na wymarcie. Może nawet i ta pesymistyczna nie-nowina by się nie ziściła gdyby nie fakt, że robimy w zasadzie wszystko aby do własnego wymarcia świadomie doprowadzić. Bowiem większość czynników, które powodują kryzys demograficzny, to przyczyny leżące w sferze naszych własnych zaniechań i czynów.

Nie jest chyba tajemnicą, iż społeczeństwa tzw. zachodnie starzeją się na potęgę. Sytuacja ta powoduje, że piramida finansowa, zwana obłudnie systemem ubezpieczeń społecznych, jest coraz bliżej totalnego krachu w większości państw socjal-europy, czyli w zasadzie niemal wszędzie. Aby system się nie posypał konieczni są nowi płatnicy.
Oczywiście, wyspecjalizowani, wykształceni i na ogół już zwyczajnie starzy europejczycy nie chcą się nadmiernie przemęczać, o wykonywaniu jakichś nieprzyjemnych prac nawet nie wspomnę.

Oba podane wyżej czynniki prowadzą do zjawiska powszechnego i obserwowanego na co dzień, czyli do przyjmowania przez bogate kraje emigrantów ekonomicznych z krajów biedniejszych. Początkowo napływ siły roboczej odbywał się ze stref wpływów kolonialnych i post kolonialnych czyli głównie z afryki i nieco z obu ameryk. Znaczenie społeczne emigrantów było w zasadzie żadne. Obecnie, rozszerzenie UE o biedniejsze kraje daje możliwość pociągnięcia nieco świeżej krwi z własnego kontynentu, a dodatkowo rosnąca liczba ludności napływowej, zaczyna powodować sytuację, w której znaczenie nowych członków społeczeństwa nie tylko rośnie ale zaczyna przeważać. Prowadzi to np. do sytuacji takich jak opisana w tym wpisie: LINK
Nuworysze EU szybko dostosowują się do pewnego poziomu krajów starych, choćby dlatego, że po prostu należy jak najszybciej udowodnić sobie swoją europejskość i nowoczesność.
Wśród wielu "cennych" nabytków kultury prawdziwego europejczyka jest jakaś dziwna awersja do rozmnażania się. Bynajmniej nie w sensie odbywania czynności o podłożu seksualnym, bo do tych wszem i wobec się zachęca, ale do naturalnych, było nie było, ich konsekwencji, w postaci posiadania potomstwa (nie mówię tu o zboczeniach rzecz jasna).
Po prostu - nie rozmnażamy się w tempie potrzebnym do zastępowania odchodzących pokoleń o jakiejś ekspansji nawet mowy nie ma.
Mimo rozwiniętej służby zdrowia i niesamowitej ilości gotówy włożonej w podtrzymywanie życia, ludzie w bogatym świecie oczywiście odchodzą. Dzięki opiece medycznej, w ciągu całego życia, oraz za sprawą niskiej umieralności noworodków, statystyki wieku wyglądają niesamowicie w zestawieniu z danymi historycznymi, jednak do nieśmiertelności jeszcze dość daleko.
Nie dalej jak dziś, wyczytałem, że badania statystyczne dotyczące przyczyn śmierci w europie na pierwszym miejscu stawiają choroby serca i układu krążenia, nowotwory i .... uwaga będzie nieprawomyślnie ..... aborcję.
Niesamowita sprawa i totalny absurd, który jednak za sprawą wielokrotnego powtarzania absurdem przestał być już dawno.
Mamy: starzejące się społeczeństwo, bankrutujący system ubezpieczeń emerytalnych, niemalże ciągłą potrzebę zasysania siły roboczej z zewnątrz w celu utrzymania funkcjonalności podstawowych usług no i opłacania składek emerytalnych rzecz jasna, a z drugiej strony ok. 20% europejczyków w ogóle nie rodzi się z uwagi na świadomą decyzję mamusi, tatusia lub obojga, że nie mają czasu, ochoty, pieniędzy itp. Przy czym nie mówię tu antykoncepcji czy innych sytuacjach kiedy nie dochodzi w ogóle do że tak powiem sposobności :-) Mówię o sytuacji w, której dziecko w zasadzie już jest niemal "gotowe" tyle, że go sobie nie życzymy.

Jedne z największych paradoksów i absurdów współczesnego świata - w krajach bogatych rodzi się mniej dzieci niż w ubogich, a jak zapytacie potencjalnych rodziców dlaczego to mamy takie oto "Niezwykle Istotne Dążenia":

- przedłużyć sobie młodośc i poszaleć jeszcze tak do 40-tki
- kariera, pieniądze, pozycja, znaczenie, ambicje
- lęk przed tym że ... uwaga ... nie będzie nas na dziecko stać

W najbogatszych krajach świata ludzie często boją się, że nie będzie ich stać. Rozumiecie to?
W tych krajach bezrobotny obszczymur z racji swojego lenistwa dostaje więcej kasy miesięcznie niż przez całe życie widział na oczy jakiś robotnik w chinach, na filipinach, w laosie, nepalu itp...
Ale nawet, ba, przede wszystkim, wysoko zarabiającego intelektualistę nie stać na dziecko?

Ręce opadają. Dlatego wymieramy i chyba słusznie. Chyba lepiej, że zastąpią nas nacje o podejściu nieco bardziej konserwatywnym, nastawione na przetrwanie i pozbawione, przynajmniej w znacznej części, wydumanych problemów. Kto powiedział, że cywilizacja nasza będzie umierać z hukiem suche badyle raczej odchodzą z dość cichym szelestem.

niedziela, 11 stycznia 2009

Czekając na Renesans cz.3 i 1/2

Zanim zbiorę się za następne odsłony cyklu chcę nawiązać do dotychczasowych wywodów.
Zapraszam Was na stronkę KLIK

W formie obrazkowej autor pokazał ewolucję najistotniejszych gadżetów obecnych czasów. Przy okazji zdjęcia te wydają się całkiem niezłą ilustracją mojej tezy. Zauważcie że absolutnie większość zmian jakie zaszły w tych urządzeniach dotyczą ... wielkości przy czym telewizory stały się wielkie a komórki małe, zamiast winyli odtwarzamy w samochodach płyty cd na wyświetlaczach mamy sporo kolorków i w sumie tyle.
Jeśli mamy jakiś postęp to w kwestii wielofunkcyjności urządzeń (co raz bardziej przeładowanych po prawdzie) oraz w kwestii nośników - postepuje "cyfryzacja" wszystkiego co się da z ewidentną szkodą dla jakości.

piątek, 9 stycznia 2009

Dża Ludzie



Spróbuje zrecenzować najnowszą płytę Izraela, choć to zadanie dla mnie wyjątkowo trudne.
Dlaczego?
Chyba dlatego, że ja akurat, nie specjalnie potrafię krytycznie oceniać ten zespół, który od wczesnych lat osiemdziesiątych był dla mnie czymś znacznie więcej niż po prostu grupą ludzi grających muzykę.
Po muzykę Izraela sięgnąłem wraz z wyjściem na winylu pierwszej płyty "Biada, Biada, Biada"
Byłem wówczas w szkole podstawowej a płytę można było za grosze nabyć w empiku.
Wszystko, począwszy od grafiki na okładce poprzez muzykę teksy i całą symbolikę, było dla mnie epifanią. Pomińmy jednak moją historię, dodam tylko, że jej ukoronowaniem była pyta "1991" która od tegoż roku do dziś (mamy 2009) stanowi nieprzerwanie numer jeden na mojej prywatnej liście przebojów albumów.

Ad rem:
Pierwszy odsłuch płyty dał dość mieszane uczucia. Po takim czasie w zasadzie nie wiedziałem czego oczekiwać. Pomyślmy, czy przez kilkanaście lat zespół miał się kompletnie nie zmienić i nagrać jakąś genetyczną kontynuację 1991? Takie rzeczy nie są chyba możliwe, z resztą czy na prawdę chcemy aby wykonawcy stanęli w miejscu, nie dojrzewali, nie zmieniali się?
Dlaczego mieszane uczucia?
Tu muszę przyznać, że każda kolejna płyta Izraela, nawet ta najlepsza, za pierwszym razem wzbudzała moje mieszane uczucia, gdyż zespół ten za każdym razem potrafił mnie zaskoczyć jakąś stylizacją, której nie oczekiwałem ale niemal zawsze było to coś do czego za drugim czy trzecim razem dochodziłem.
Co tym razem zatem mnie zadziwiło? Muzycznie czy też technicznie zespół brzmi chyba lepiej niż dawniej co w pewnym stopniu jest chyba też kwestią dochodzenia naszej fonografii do poziomu światowego. Jeśli miałbym pisać o stylistyce to wydaje mi się że Izrael przesunął się wyraźnie w kierunku nurów bardziej roots'owych. Z jednej strony trochę żal chłodnego momentami wręcz ostrego, brzmienia, którym w moim odczuciu charakteryzował się Izrael z drugiej strony jest ono nadal obecne a jedynie zeszło na dalszy plan. Jest nieco mniej eksperymentów rodem z Brygady Kryzys czy wręcz Armii pojawi się natomiast bardzo wyraźny akcent współczesnych produkcji spod trójkolorowej flagi, o których szczerze mówiąc nie wiem do końca co myśleć i tu jest właśnie to moje zmieszanie. Za dość dojrzałą formą muzyczną i potężnym feelingiem stoją teksty o dość zróżnicowanym poziomie. Co do zasady są one niezłe i jak zwykle niosą za sobą przesłanie konsekwentnie powtarzające się w reggae ale są takie zalatujące nieco hiphopowym narzekaniem na rzeczywistość. Całe szczęście uwagi te dotyczą w zasadzie jednego utworu pt. "Interesy" i nie chodzi mi o ogólny przekaz a o dość płytką jak na Izrael formę krytyki. Na osłodę mamy tu podkład chyba najbardziej Izraelowski z całej płyty pozostaje zatem nieco przymknąć oko tym bardziej że reszta jest już całkiem niezła. Drugim takim niego wprowadzającym zamieszanie nagraniem jest "Życie to chwila", ale dotyczy to w zasadzie tylko zwrotki - po prostu akurat nie przepadam za taką manierą śpiewania. Na drugim biegunie są w zasadzie wszystkie pozostałe kompozycje.
Płyta ma własny rytm i własną kompozycję jako całość. Widać (no raczej słychać) to, kiedy wybrzmią ostatnie dźwięki ostatniego nagrania, które jest jednym z najlepszych na płycie i w ogóle. Płyta jest zdecydowanie bardziej liryczna i wewnętrzna niż 1991, przypomina w tym sensie raczej "Duchową Rewolucję"(odległe skojarzenie ale takie mam gdyż "Duchową ..." odbieram jako najbardziej refleksyjną płytę dotychczas). Jedno z nagrań przy każdym odsłuchu nieodmiennie kojarzy mi się z poezją śpiewaną, ale jest to bardzo dobre skojarzenie. Ogólnie, jako fanowi zespołu, początkowo niełatwo mi było całkiem zaakceptować te nowości, ale po 4-5 odsłuchaniach jestem pewien, że zespół rozwinął i dojrzał w dobrym kierunku, pod każdym względem. Nawet te dwa kawałki, które mi nieco nie leżą, mają swój pozytywny wymiar, widać że Izrael nie stracił kontaktu ze współczesnością i nie jest tylko nostalgicznym wspomnieniem, lecz żywym organizmem, receptywnym, zdolnym do poruszania naszych uczuć dusz i sumień.

Ocena końcowa - jest to pozycja obowiązkowa jak wszystkie płyty Izraela, czas pokaże czy na mojej liście przebojów nie dojdzie do jakichś przetasowań bo niemal za każdym nowym odsłuchem przekonuję się że to doskonała płyta.

One Love :-)

środa, 7 stycznia 2009

Ateizm czy antyteizm




Mam wrażenie, że prawdziwych ateistów w ogóle nie ma, ewentualnie jest ich nie zbyt wielu i nie bardzo jest jak do nich dotrzeć, bowiem nie afiszują się ze swoimi poglądami. Ci o których tak głośno to antyteiści.
Dlaczego tak sądzę? Jak przeprowadzić linię demarkacyjną ? Myślę że wbrew pozorom to dosyć proste.

Usiądź sobie spokojnie czytelniku i zastanów się z iloma różnymi pomysłami i ideami spotkałeś się w życiu. Zapewne z wieloma z nich nie zgadzałeś się, a jednak nie zapisał się do klubu ich przeciwników prawda? Nie definiujesz się przecież jako "a-hamburgerowiec" czy "a-szpinakowiec" czyż nie ?
Nie przedstawisz się, poznanej świeżo osobie, jako przeciwnik tezy o istnieniu UFO, ani nie wymyślasz jakby się tu określić skoro uznajesz, że Atlantyda to tylko legenda.
Jest wielu ludzi wierzących w istnienie Yeti, Ty do nich nie należysz, ba uważasz, że wiara tak jest głupia i co z tego? Czy prowadzisz w związku z tym jakieś kampanie uświadamiające ? Czy masz w pogardzie ciemniaków, którzy w Yeti wierzą ?
Otóż to, ateista też nie robi takich rzeczy. Ateista na pytanie czy wierzy w jakąkolwiek formę absolutu odpowiada "nie" i koniec, zapytany dlaczego mówi - "bo nie wierzę" i tyle.
Co innego antyteista, który niesłusznie nazywa siebie ateistą.
Antyteista jest jak greenpeace w świecie trujących korporacji religijnych.
Antyteista wie o religii i jej historii zdecydowanie więcej niż jakikolwiek wierzący. Przeczytał pobieżnie lub dogłębnie wszystkie święte księgi, aby sobie, a przede wszystkim swojemu otoczeniu udowodnić, że są to bujdy na resorach.
Antyteista, mimo demonstrowanej niechęci do religii i wiary, w zasadzie definiuje siebie samego w oparciu o religię i wiarę ale jak mu na to zwrócisz uwagę, będzie udawał prawdziwego ateistę.
Antyteista nie jest obojętny względem przekonań religijnych, raczej jest to typ wysoce emocjonalny, najczęściej jego wywody i argumentacja do złudzenia przypomina działalność kaznodziejską tyle że w drugą stronę. Wyraźnie widać poczucie misji i chęć nawrócenia innych na swoje poglądy które wszak są tak mądre i racjonalne.
Antyteista lubi być kontrowersyjny i lubi "kalać świętości", przy czym nie robi tego z niewiedzy (bo jak już napisałem ma bardzo obszerną wiedze o religii) lecz aby pokazać swoją religijną abnegację.
Antyteista to człowiek raczej zakompleksiony, który nie szanuje innych ludzi. Ma gębę pełną frazesów o wolnomyślicielstwie i prawie do wiary lub nie wiary, ale to tylko frazesy, gdyż ma on w głębokiej pogardzie "ciemny lud", który wierzy. Jest przekonany o swoim wybitnym intelekcie, który pozwala mu na uwolnieni się z nieracjonalnej pułapki wiary.
Antyteista być może jest ateistą ale częściej jest kimś kogo można by określić religijnym scjentystą. Jego głębokie pokłady sceptycyzmu mają charakter jednostronny, bowiem bez zmrużenia okiem łyka wszelkie "naukowe wyjaśnienia".

Mam dużo szacunku dla prawdziwych ateistów oraz dla ludzi którzy są religijni w sposób prawdziwy i konsekwentny. Obie te postawy wymagają sporo samozaparcia i pewnej odwagi, choć szczerze mówiąc … ci ludzie za siebie nie mogą, jeden po prostu wierzy a drugi nie.
Mam dużo zrozumienia dla ludzi "nawykowo religijnych" bo przyzwyczajenie jest drugą naturą i nie każdy musi się zaraz mocować ze swoim sumieniem, czy filozofią życiową, z resztą nie każdy ma na to czas i ochotę.
Odczuwam natomiast głęboką niechęć do antyteistów i innych nawracaczy na racjonalizm. Nie ma w ich postawie odwagi, jest natomiast pogarda dla innych, brak im konstruktywnych propozycji, co zresztą typowe jest dla wszelkich opcji „anty”.

Na pocieszenie wszystkich Dawkinsowych antyteistów muszę dodać, że większość z nich zapewne się nawróci – zbyt wiele czasu poświęcają religii i kiedyś może im to wejść w nawyk zbyt głęboko. Pamiętajmy że nienawiść bywa po prostu nieakceptowaną wewnętrzne projekcją fascynacji.

niedziela, 4 stycznia 2009

Śpij spokojnie - władza czuwa



Jeden z dzisiejszych nagłówków WP głosi cyt. "Brytyjski rząd walczy z otyłością". Moje pierwsze skojarzenie to oczywiście, że w rządzie znalazło się zbyt wiele osób otyłych i że może to jakoś źle wpływa na PR władzy. Niestety nic bardziej mylnego. Otóż ów rząd, wzorem wielu rządów, wielu innych krajów, podjął za pieniądze podatników akcję uświadamiania ludziom co mają jeść i jak mają żyć. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu tego typu arogancja władzy (czy też jakieś totalne skretynienie, bo nie wiem co jest w tej sytuacji bliższe prawdzie, czy ludzie ci są tak aroganccy czy tak głupi) byłaby chyba niemożliwa. Promowanie zdrowego sposobu życia, aktywności ruchowej itd. itp. to są oczywiście rzeczy wartościowe, ale nie wydaje Wam się, że tego typu promocją powinni zajmować się rodzice, przedszkolanki, nauczyciele itp. ? Innymi słowy rodzice wraz z całym, sowicie opłacanym z ich kieszeni bezpośrednio oraz pośrednio bo z podatków, aparatem wspierającym wychowanie ? Nie dalej jak poprzednim razem pisałem o absurdach które nie rażą bo zbyt często się z nimi spotykamy. Oto kolejny ich przypadek.

Potencjalnym krytykom tego co napisałem przypomnę, iż w większości krajów, co nie omija także GB, są ministerstwa oświaty i instytucje oświatowe, są zajęcia sportowe czy ćwiczenia w szkołach i przedszkolach , dzieci uczy się higieny w skład której wchodzi jakaś wstępna wiedza o odżywianiu. Realizując tego typu durnowaty program jakikolwiek rząd powinien się chyba zastanowić się że czyniąc to strzela sobie w kolano. Bowiem, jeśli faktycznie istnieje taka potrzeba to znaczy, że kompletnie zawodzi system wychowawczy w kraju, a wszak już od lat jednym z elementów owego systemu wychowawczego naszych dzieci jest rząd właśnie.

Może w tym właśnie tkwi problem,
że owego rządu wszędzie pełno ?

niedziela, 28 grudnia 2008

Zabójcza poprawność




W zasadzie trzy moje wpisy na tym blogu tj. o rasizmie, o homofobii i o homofobii po raz drugi mają w podtekście jeden i ten sam problem jakim jest przerost poprawności politycznej nad rozsądkiem. Zjawisko to dawno już przekroczyło granice absurdu. Na tyle dawno, że to co absurdalne wydaje się zrozumiałe, a piętnowane są wybryki, które nie są po prostu głupie bezsensowne czy absurdalne tylko hiper - absurdalne.
Chcecie przykładu absurdalnych rozwiązań, które stały się normą tak, że mało kogo to dziś dziwi?
Proszę bardzo. Pierwszy nikogo już chyba nie rażący przypadek to nadawanie mniejszościom pewnych dodatkowych praw przekraczających uprawnienia większości. Na przykład - mniejszość niemiecka w Polsce ma zagwarantowane dwa miejsca w parlamencie bez względu na obowiązujące polaków progi wyborcze, czy ilość głosów, czy cokolwiek. No ludzie kochani jeśli to nie jest dla Was absurd to co nim jest ? Szczytem tolerancji dla różnorodności jest RÓWNOUPRAWNIENIE wszystkich, co oznacza te same prawa i te same obowiązki jeśli ktoś dostaje więcej to nie jest to równouprawnienie, tylko uprzywilejowanie jednych i co za tym idzie dyskryminacja pozostałych. Tymczasem panuje absurdalne przekonanie, że we współczenym porządku takie przegięcia to właśnie miara demokracji.
Skoro o równouprawnieniu mowa, zapraszam do lektury najlepszego artykułu o feminizmie i równouprawnieniu kobiet jaki czytałem - tu

Przegięcie poprawnościowe doprowadziło nas do sytuacji, w której przesłanie koleżance tzw. świńskiego dowcipu może być uznane za molestowanie seksualne, jeśli brzydzisz się seksem homoseksualnym to jesteś homofobem, w zasadzie nie wiadomo jak nazwać murzyna, karła, garbatego, czy idiotę aby nie być okrzykniętym jakimś anty ........ tu wpisać dowolne słowo, lub po prostu faszystą. Jeśli napiszesz cokolwiek negatywnego o mieszkańcach Izraela i ich rozsianych po świecie pobratymcach jesteś automatycznie antysemitą nawet jeśli po prostu negatywnie oceniasz politykę tego państwa (a tak, oceniam ją bardzo negatywnie ale to temat na osobny artykuł). Co ciekawe, mimo że arabowie to też semici ich obrażanie antysemityzmem nie jest bynajmniej.

Ale to wszystko po prostu zwykły absurd tym czasem mamy to już za sobą i obecnie taplamy się w hiper-absurdzie. O propozycji wykreślenia określeń "matka" i "ojciec" już pisałem wredne te określenia ranią ponoć uczucia par homoseksualnych.
Jakiś czas temu na przemiał poszła ulotka wydana przez brytyjską Policję bo wydrukowano na niej wizerunek psa w wielkim nakryciu głowy typowego Bobby'ego. Czyżby obrażał on uczucia policjantów, których niejako przyrównano do piesków ? Ależ skąd - pojawiła się opinia, iż może on obrażać uczucia ... muzułmanów dla których pies to zwierzę nieczyste. Sami zainteresowani nawet nie zdążyli się wypowiedzieć, poprawność polityczna była szybsza.
Kolejna sprawa - otóż jeśli jesteście studentami w Szwecji i macie zamiar po studiach uczyć szwedzkie dzieci szwedzkiego, a nie znacie tego języka nawet na poziomie dziecka w przedszkolu to nic nie szkodzi. Oblewanie egzaminów w tej sytuacji, z powodu nieznajomosci języka jest bowiem przejawem dyskryminacji
Jeszcze dwadzieścia lat temu dysleksja była schorzeniem rzadkim. Wiem coś o tym bo sam robiłem masę błędów tak ogromną, że byłem o nią podejrzewany tylko że ... nikogo to jakoś nie rozczulało. Mało kto miał stosowny papier, ja na przykład dostawałem po prostu dwie oceny - za meritum i za ortografię (w drugim przypadku zawsze była to bańka) Jakimś niesłychanym cudem na maturze zrobiłem tylko jeden błąd ortograficzny co oczywiście automatycznie obniżyło mi ocenę o jeden punkt. Dziś bandy leniuchów mają kwity na wszystko, że nie potrafią i nie muszą potrafić pisać, czytać liczyć, a na dodatek nie wolno ich stresować bo popadną w nerwicę szkolną. Oczywiście jakakolwiek próba zmuszenia młodego człowieka do minimalnego wysiłku to "znęcanie się".
Nie wiem czy wiecie ale jeśli dacie swojemu dzieciakowi szlaban za jakieś przewinienia i nie daj Boże zdarzy się wam nie tylko podnieść głos ale może i palnąć go przez łeb za bezczelną odzywkę to jesteście przestępcami, a Wasza latorośl ma pełne prawo Was zadenuncjować telefonicznie pod specjalnym numerem. Zjawisko znęcania się nad członkami rodziny i molestowania nieletnich stało się źródłem lęków niejednego rodzica czy nauczyciela bo powiedzmy sobie szczerze jak udowodnić, że nie jest się wielbłądem? Zdarzyło się już, że zniszczono kopletnie jakiegoś belfra co ciekawe płci obojga, puszczając bzdurne oskarżenia o molestowanie uczniów.

Każdy niech sobie dopisze ciąg dalszy przykładów bo codzienność przynosi ich na kopy. Kłopot w tym, że jak starałem się wyżej wskazać media i ludzie zwracają uwagę na zjawiska, które bardzo dawno minęły krawędzie absurdu natomiast tolerują takie które są tak zwyczajnie głupie nielogiczne i absurdalne.


Każdy inny - wszyscy równi.

sobota, 27 grudnia 2008

Polemika




Mój zaprzyjaźniony Blog opublikował polemikę do mojego wpisu

Zarzut pod moim adresem jest prosty: nie da się ustalić normy, nikt nie może zatem skutecznie postawić granicy pomiędzy tym co normalne a co nie.

Szanowna Yaneeno :-)

Od tysiącleci w sposób mniej lub bardziej skuteczny bronią się same pewne wartości. Celowo używam znienawidzonego słowa "wartości" bo są nimi wg. mnie takie normy zachowań, które bronią się same i nie wymagają kampanii pro czy anty. Wartości te mają charakter w jakimś sensie biologiczno - gatunkowy. U ich źródeł zaś pojawiają się silne tabu, które jak łatwo zauważyć często brały się z całkiem zdroworozsądkowych podstaw. Monża wierzyć w jakąś nadnaturalną siłę prawodawczą, lub nie, ale fakt pozostaje faktem, że istnieją nakazy etyczno moralne, które zwyczajnie biorą się wprost ze strategii przetrwania gatunku.
Zakaz zabijania innych ludzi, poza obroną własną i swoich bliskich, zakaz kazirodztwa, różnego typu zakazy i obostrzenia pokarmowe, pewne nakazy dotyczące ubierania się czy zakaz nagości to są normy, które mają swój określony sens, których nieprzestrzeganie szkodzi fizycznemu przetrwaniu gatunku. Dlatego są one niejako wbudowane w większość, jeśli nie we wszystkie systemy etyczne jakie znamy. Oczywiście wszystko daje się stopniować i każdy zakaz można rozumieć mniej lub bardziej bezwzględnie. Ostatecznie czym innym jest zakaz zabijania a czym innym paradowania nago.
Uderzyłem z grubej, biologicznej rury ale wcale nie chcę kontynuować wywodu w stylu "seks homoseksualny jako nie prowadzący do prokreacji jest nienormalny". Co to, to nie, jestem całkiem normalny i lubię seks nieprowadzący do prokreacji :-)
Chcę tylko zauważyć, że nie bez kozery większość ludzi podświadomie boi się węży czy pająków, nie bezpodstawne jest to że pewne rzeczy nas brzydzą np. gnijące mięso. Owe niechęci i lęki mają podłoże atawistyczne i biorą się z doświadczeń wielu pokoleń naszych przodków. Obawiamy się tego co może potencjalnie nam zaszkodzić. Ot i tyle.
Gdzie zatem jest granica normalności? Granica normalności jest w miejscu, w którym ktoś mówi mi, że skoro brzydzę się nadgniłym mięsem albo boję się żmii to ja jestem kimś nienormalnym. Współczesna "otwartość" zdaje się przekraczać granice rozsądku.
Tak, wiem że nie jestem homofobem, ale ostatnio mianem tym określa się wszystkich ludzi którzy ośmielają się żywić krytyczne uwagi wobec dość uporczywych prób wypromowania homoseksualnego trybu życia. Wyraźnie napisałem i raz jeszcze to podkreślę, jak dla mnie można współżyć nawet z czajnikiem czy pasztetem, problem w tym, że mamy nie tylko tolerować ale uznać, że np. określenie "mama" czy "tata" powinny zniknąć ze słownika bo krzywdzą biednych pederastów i lesbijki.
Powodem napisania mojego pierwotnego tekstu była histeryczna reakcja mediów na fakt, że Watykan z pewną nieśmiałością wyraził się, nie dość "otwarcie" i bez entuzjazmu na temat homoseksualizmu w związku z jakąś międzynarodową inicjatywą zmierzającą do depenalizacji zachowań homoseksualnych. Ciekawe przy okazji jakby skomentowano gdyby Watykan wygłosił jakieś płomienne orędzie wspierające homosiów ?

Czasem, nieco przewrotnie, myślę, że najlepiej byłoby właśnie tak zrobić tzn. z entuzjazmem przyjąć w konstytucji nawet, że homoś jest OK. Byłby to conajmniej gwóźdź do trumny :-)
Obawiam się, że w świecie totalnej akceptacji dla "kochających inaczej " dość szybko ich populacja by zmalała z braku medialnego szumu jaki otacza "wyjścia z cienia" i z braku poczucia niezwykłości i wyjątkowości.

oto moje (kolejne) trzy grosza :-)

Czekając na Renesans cz.3


Małe uzupełnienie do części 1-szej. Jako że mamy koniec roku jest fajnie bo różne publikatory biorą się za podsumowania. O wybranych przez Time odkryciach naukowych roku 2008 już pisałem, czas na nieco bardziej poczesny "New Scientist", który ogłosił listę naukowych bohaterów roku 2008:

- Steven Chu, noblista i kierownik Lawrence Berkeley National Lab ma objąć w rządzie Baracka Obamy stanowisko sekretarza do spraw energii. Ten zwolennik naukowego rozwiązania problemów klimatycznych i odnawialnych źródeł energii może być jednym z najbardziej wpływowych naukowców roku 2009.

Szkoda, że zjawisko globalnego ocieplenia może się okazać jednym wielkim politycznym szwindlem, nie chciałbym przesądzać ale poczekajmy z wnioskami, są tacy którzy twierdzą coś dokładnie odwrotnego i tacy, którzy uważają że że zjawiska takiego nie ma. Przypomina mi się w tym miejscu histeria freonowa po "odkryciu dziury ozonowej" która istnieje od niewiadomo jak dawna nad Antarktydą, powstaje zawsze w okresie wiosenny, a nasz wpływ na jej istnienie i rozmiar jest zbliżony do wpływu na długość doby :-)

- George Church z Harvard University stworzył Knome - pierwszą firmę oferującą klientom sekwencjonowanie całego genomu. Pracuje też nad bakteriami wytwarzającymi biopaliwa.

Facet robi biznes na genetyce i dobrze, szczególnie że dla przeciętnego Kowalskiego czy raczej Smitha dane te są niezbędne jak rybie rower.

- Svante Paabo z Instytutu Maxa Plancka w Lipsku jest pionierem sekwencjonowania starożytnych próbek DNA. Wraz z kolegami niemal zakończył sekwencjonowanie genomu neandertalczyka i rozszyfrował z grubsza genom mamuta.

To już komentowałem, szybkość i wydajność współczesnych maszyn pozwala na bicie kolejnych tego typu rekordów tyle że żadne to odkrycie. O "szyfrowaniu" czy "rozszyfrowniu" to już normalny bełkot który sugeruje jakiś wielki wysiłek intelektualny

- Alan Stern - były dyrektor NASA - zrezygnował ze stanowiska, odmawiając redukcji wydatków na główne programy badawcze.

Innymi słowy - wspieramy swoich. Ręce precz od tłustych apanaży luminatów współczesnej nauki i ich drogocennych badań, z których od wielu lat nic nie wynika. Maksimum kasy za zero wyników a jak się nie podoba to rezygnujemy.

- John Pendry z Imperial College w Londynie pracuje nad pelerynami - niewidkami. Udało mu się spopularyzować związane z tym skomplikowane teorie fizyczne.

O tym już pisałem fajny bajer, nadaje się w sam raz do działu ciekawostek naukowych i nic poza tym

- Peter Smith z University of Arizona jest głównym naukowcem NASA odpowiedzialnym za misję marsjańską lądownika Phoenix. Dzięki niej przekonaliśmy się, że na Marsie mogło istnieć życie i zobaczyliśmy wiele zdjęć marsjańskich krajobrazów.

Który to lądownik nie zmienił nawet na milimetr naszej wiedzy na temat Marsa choć faktycznie brak było zawsze dobrej jakości pocztówek z Marsa, może jakaś firma zdecyduje się na wyduk i sprzedaż?

- Ken Caldeira z Carnegie Institution od lat zajmuje się geoinżynierią, która może się okazać wybawieniem, jeśli nie uda się powstrzymać zmian klimatu zmniejszając emisję dwutlenku węgla.

Jak wyżej wszystko fajnie o ile wogóle jest coś takiego jak efekt cieplarniany i to co się z tym wiąże.

- Lyn Evans, dyrektor Wielkiego Zderzacza Hadronów CERN, największej instalacji naukowej w dziejach.

Ech szkoda mi to ponownie komentować, ale jeszcze do poprzedniego wpisu dodam, że nie dalej jak kilka dni temu teoria BB zaczęła się mocno chwiać w posadach (przy okazji napiszę dal czego jak znajdę jakiś poważniejszy mteriał w temacie a nie tylko naukową ciekawostkę) mamy zatem próby osiągnięcia stanu zbliżonego do stanu po BB, którego to BB możliwe, że wogóle nie było.

- Philip Munger, nauczyciel muzyki i bloger z Alaski, który ujawnił, że Sarah Palin wierzyła w koegzystencję ludzi i dinozaurów przed 6000 lat.

Hahahaha no to mamy nagrodę dla ... donosiciela. Kolo pomógł wygrać Obamie kompromitując babkę, bo ta ma jakieś tam przekonania nb. zbliżone do przekonań większości amerykanów więc w czym problem. Naukowy bohater no niemal na miarę Galileusza - ROTFL

- Claudia Castilo - której jako pierwszej na świecie przeszczepiono tchawicę, wyhodowaną poza organizmem, częściowo z jej własnych komórek.

Tu się nie czepiam, tyle że Pani ta to nie naukowiec, a zrozpaczony gotowy na wszystko pacjent, który zgodził sie na medyczny eksperyment na własnej osobie. Gwarantuję, że gdyby się nie udał nie znalazłaby się w żadnym ekscytującym zestawieniu tylko w nekrologu.

- Barack Obama, który wybrał do swojego sztabu wielu wybitnych naukowców.

No to już jest szczyt pan Obama jest bohaterem bo ... dał naszym kolesiom fajne, dobrze płatne posady w administracji.

CDN...

środa, 24 grudnia 2008

Gdzie jest kasa z planu Paulsona?



Tak na gorąco i bez rozpisywania się polecam poczytać pod linkiem LINK

Na wypadek gdyby news zniknął z onetu cytuję:

"3 października Izba Reprezentantów USA zatwierdziła kontrowersyjny plan sekretarza skarbu Henry'ego Paulsona, mający na celu wsparcie sektora bankowego astronomiczną kwotą 700 mld dol. Dziennikarze agencji Associated Press próbowali się dowiedzieć, jak 21 amerykańskich banków wydało otrzymane pieniądze - informuje "Gazeta Wyborcza".
Konkretnej odpowiedzi nie udzielił ani jeden bank. Część odpowiedziała wprost, że nie wie, gdzie się podziały miliardy rządowej pomocy.
Thomas Kelly z JP Morgan, który dostał 25 mld dol. oświadczył: - Trochę pożyczyliśmy, trochę nie, w zasadzie nie księgowaliśmy tych kwot.
Barry Koling z SunTrust Banks: - Jeden dolar wpływa, drugi wypływa, nie śledzimy tego.
Niestety nie da się sprawdzić, co konkretnie dzieje się z pieniędzmi.
- Obawiam się, że nasz naród nigdy nie dowie się, gdzie są te pieniądze - mówi kongresmen Scott Garrett.
Ustępujący Henry Paulson zapewnia, że lepiej będzie kontrolował kolejne 350 mld dol., które zostały do rozdysponownia. Najpierw jednak musi dostać od Kongresu zgodę na ich wydanie."

Tyle na początek :-)


wtorek, 23 grudnia 2008

Czekając na Renesans cz.2



(Uwaga - jest to wpis historyczny w ramach akcji przenoszenia wpisów ze starego bloga do bloggera)


cd …..

2) Technologia.

No tu to normalnie z dnia na dzień dzieją sie prawdziwe cuda … marketingu. Na początek weźmy byka za rogi i zmierzmy się z czymś co wydaje się technologicznym walcem rozjeżdżającym coraz to nowe bariery. Komputery. Przy okazji - szkoda, że te bariery ustawiają przed nim głównie spece od reklamy :-). Mamy zatem kolejne “epokowe” giga, mega tera … coś tam, nie mamy natomiast kompletnie niczego co zmieniłoby choćby trochę rzeczy istotne jak choćby metodę obcowania człowieka z maszyną. Ale ad rem.

Sądzę, że kiedy mowa o szybkim rozwoju, każdego myśl kieruje się ku komputerom. Na początek kilka ciekawostek. W połowie XVII w. niejaki Pascal, skądinąd również filozof, tłukł już “masową” produkcję kalkulatorów na sprzedaż (no przynajmniej z 8 sztuk zrobił). W tymże samym wieku XVII inny filozof Leibnitz opracował kod binarny - myślę, że coś świta czyż nie ;-) tak kochani słynne zera i jedynki to pomysł z XVII wieku ponad 300 lat historii.

Trudno powiedzieć co uznać za pierwszy komputer, ale przyjmijmy, że w okolicach lat 40-50 faktycznie zbudowano pierwsze urządzenia pasujące do tej nazwy np. słynny ENIAC. Już w 1962 roku stworzono komputer, który w zasadzie miał wszystkie cechy dzisiejszych stacji roboczych, w 1963 po raz pierwszy zastosowano GUI w 1964 zaczęto masowo produkować IBM 360 zbudowany w całosci ze scalaków rok później zbudowano pierwszą mychę komputerową. To co nastąpiło potem to głównie poprawa parametrów. Oczywiście zmiany były znaczne i wydajnośc nieporównywalna ale … to tylko kategorie ilościowe nie jakościowe. Procesor 8086 czy 80386 czy Pentium czy Core Duo, czy G5 czy jakiś tam to po prostu coraz bardziej rozbudowany scalak, co raz szybciej taktowany, co raz szybciej liczący ale to po prostu układ scalony nikt nie wymyślił jak dotąd niczego innego czy przełomowego, mnożymy mega czy giga herce, mega czy giga bajty ot i cała różnica.

Chcecie zrobić test? Kupcie na allegro albo wygrzebcie z piwnicy jakiś komputerek z lat powiedzmy 80 tych. Do testów dobrze mieć np. komputer Lisa z 1983 r. lub rok młodszego Mackintosha. Zdziwicie się ile rzeczy można było zrobić na kompie z roku 1983/84.

Ikony, okienka, czcionki True Type w dokumentach itd. Nawet czas uruchomienia tego starocia często będzie krótszy niż Windows Vista na współczesnym supersprzęcie. Pytanie zatem gdzie poza kolorowymi animacyjkami i graficznymi bajerami odbywa się ów postęp w komputerach? Para idzie w gwizdek, niewyobrażalne wydajności współczesnego sprzętu obsługują głównie nieudolnie napisane, zasobożerne systemy, których jedynym celem jest komunikacja z komputerem. Cześć zasobów zjada zjawisko tzw. multimediów, które w większości ograniczają się do kolejnych graficznych wodotrysków. No i oczywiście gry w środowisku 3D czyli w zasadzie jedyna dziedzina gdzie można zauważyć rozwój, tyle że jest to siłą rzeczy rozwój efektów wizualnych bowiem rozwój samego środowiska 3D raczej w minimalnym stopniu przekłada się na produktywność czy ergonomię. Moja teza jest prosta - od kilkudziesięciu lat nie dokonano żadnego przełomu nawet w dziedzinie tak prozaicznej jak interfejs czy ogólnie metodologia kontaktu człowieka z komputerem. Nie rozwinęła się żadna technologia VR która mogłaby w dziedzinie interfejsu sporo namieszać. Mimo tego, że korzystamy dziś z komputera dokładnie tak samo jak 30 lat temu uważamy że doszło do postępu i rozwoju czy to nie ciekawe ?

CDN.

Czekając na Renesans cz.1


(Uwaga - jest to wpis historyczny w ramach akcji przenoszenia wpisów ze starego bloga do bloggera)

Poniżej pierwsza część cyklu moich przemyśleń dotyczących współczesnego świata i naszego miejsca w jakimś ogólnym schemacie rozwoju. Nie wiem ile tych części będzie na razie macie zatem tezę i pierwszą grupę przykładów. Miłej lektury :-)

Żyjemy w czasach totalnego zastoju. Tak właśnie tak, powtórzę aby było jasne że nie jest to jakieś omyłkowe stwierdzenie - w niemal każdej obserwowanej dziedzinie panuje absolutny zastój a może nawet regres. W wielu dziedzinach trwa on już ponad 100 lat. W tych nieco szybszych mamy do czynienia z zastojem 40-50 letnim. Nie jest mi znana dziedzina, która tak naprawdę rozwija się, a nie tylko czołga.

Kilka słów dla ustalenia ważnych pojęć aby nie było nieporozumień - fakt, że ktoś zbuduje telewizor o przekątnej 200 cali to żaden cud i przełom, co innego jak ktoś wymyśli i zbuduje ów telewizor tyle że to akurat już ktoś zrobił.

Jak zaraz postaram się to przedstawić na przykładach znakomita większość naszego pozorowanego rozwoju to nic innego jak właśnie robienie czegoś takiego jak 100 lat temu tylko większego, mniejszego, szybszego, wolniejszego itp. Innymi słowy mówiąc mamy zmiany o charakterze ilościowym i niemal całkowity brak zmian jakościowych, co oznacza zastój.

Przejdźmy do konkretnych przykładów, bo zapewne, aż świerzbi Was żeby zarzucić mi głupotę bo przecież … no właśnie co? Co tak naprawdę udało się nam ostatnio realnie osiągnąć? Zapewniam was że postęp, który ma być czymś niejako codziennym jest wielką, pustą, nadmuchaną, kaczką dziennikarską i medialną.

Nie ma postępu i nie ma go od dawien dawna. Są niewielkie przypadki zmian które mogą rozwinąć się w coś faktycznie postępowego ale o tym później.

1) Nauka.

Oczywiście naukowcy jeśli wierzyć mediom niemal co dzień dokonują epokowych odkryć i wzbogacają naszą wiedzę. Udało się zaobserwować planetę krążącą wokół gwiazdy - wow toż to przełom, super odkrycie udowadniające że … istnieją planety krążące wokół gwiazd. Upraszczam, ale powiedzmy sobie szczerze czym innym jest odkrycie, że ziemia jest kulą i krąży wokół słońca, a czym innym obserwacyjne potwierdzenie tego co widzimy w zasadzie na co dzień. Od czasu kiedy powstała hipoteza “czarnych dziur” którą można by uznać za coś naprawdę odkrywczego (obiekty o super masie i hiper grawitacji tak silnej że przyciągają światło) minęło .. jak myślicie kiedy po raz pierwszy postulowano takie obiekty? otóż kochani moi w … 1783 r. Teoria rozwinęła sią oczywiście po opublikowaniu teorii Einsteina na początku XX w. No to mamy nowość :-) Wielkim echem odbiło się onegdaj odkodowanie genomu człowieka, a jednak znów przyznacie sami że czym innym jest odkrycie DNA i ustalenie jego funkcji, a czym innym ustalenie genomu, które wymaga po prostu czasu i wielu obliczeń co obecnie nieco łatwiej zrobić. Aby było jasne - pojęcia gen użyto po raz pierwszy w 1909 r. DNA odkryliśmy w 1869 r. natomiast jego modelową powszechnie znaną podwójną heliksę przedstawiono w 1953 r.

Z wielką pompą otwarto we wrześniu tego roku LHC czyli niezwykle kosztowny, nowoczesny i współczesny odpowiednik tego co dawnej osiągano tłukąc orzechem o kamień lub samochodzikiem o podłogę. Oto mamy szczyt naukowej myśli i mekkę wyznawców tzw. Modelu Standardowego. Bardzo wielkie urządzenie służące do … zderzania ze sobą cząstek materii (z ogromną prędkością i przy ogromnych energiach). Prawdę powiedziawszy ów Model Standardowy ma więcej wad niż zalet, ale zostawmy to na boku. Najważniejsze co chcę powiedzieć to że w fizyce od czasów Einsteina i fizyki kwantowej nie odkryto w zasadzie niczego, a pracuje się głównie nad zszyciem tych niepasujących do siebie teorii. To już ponad 100 lat i nie powstała żadna nowa jakość, a popularnonaukowe kanały frapują swoich widzów barwnymi symulacjami zjawisk które są przedmiotem wykładów fizyki na poziomie szkoły średniej, bo w zasadzie co tu pokazywać skoro nic nowego dla obrazu świata się nie pojawiło, raz jeszcze to napiszę od niemal 100 lat. Sławny “wielki wybuch” czy raczej jego teoria powstała dzięki postulatom z lat 20-tych (a jakże) na jego korzyść przemawia odkrycie z lat 60-tych - mikrofalowego promieniowania tła, no to przynajmniej było faktycznie odkrycie.

Z resztą aby nie opisywać tu sporej ilości ostatnio serwowanych nam rewelacji proszę, o to lista 10 najważniejszych odkryć naukowych roku 2008 wg magazynu Time:

01 - Otwarcie LHC - pisałem o tym wyżej, szkoda że działała tak krótko :-)

02 - Po raz pierwszy marsjańska sonda udała się w rejon podbiegunowy planety. Sonda Phoenix, która wylądowała w okolicach północnego bieguna czerwonej planety nie odnalazła niczego, co diametralnie zmieniałoby dotychczasową wiedzę o Marsie jako o martwej planecie. Dzięki misji Phoenixa potwierdziły się jednak przypuszczenia, że kiedyś na planecie były warunki do istnienia życia.

03 - Mycoplasma genitalium to najmniejsza bakteria, którą można hodować w warunkach laboratoryjnych. Jej genom jest prawie 40 razy mniejszy niż ludzki. Na początku roku Instytut J. Craiga Ventera ogłosił, że udało mu się w pełni zrekonstruować chromosom tego prostego organizmu. Kolejny krok to sprawienie, by DNA w żyjącej bakterii zaczął funkcjonować i decydować o całym organizmie. Venter nie ma wątpliwości, że jego zespołowi uda się to osiągnąć. Nie wiadomo tylko kiedy :-)

04 - Chińscy astronauci znaleźli się na orbicie w 2003 roku, 40 lat po tym jak znalazł się tam pierwszy człowiek. Przez ostatnie pięć lat chiński program kosmiczny rozwijał się w tempie bez precedensu w historii astronautyki. Pierwszy lot odbyła jedna osoba, w drugim wzięły udział dwie, podczas trzeciej, trzyosobowej misji miał miejsce pierwszy chiński spacer w kosmosie. W sumie fajnie ale … co to ma być za przełom w naszej wiedzy - kolejny kraj stać na spacerki w kosmosie.

05 - populacja zachodnich goryli nizinnych jest o wiele większa niż dotychczas szacowano. Lasy i bagna na północy Kongo zamieszkuje 125 tysięcy tych naczelnych. Na prawdę świetna i pozytywna wiadomość ale czy to jest odkrycie ?

06 - Dopiero w listopadzie 2008 roku naukowcom udało się uchwycić po raz pierwszy za pomocą teleskopu planetę spoza Układu Słonecznego. Krąży wokół jednej z najjaśniejszych gwiazd półkuli południowej - Fomalhaut (pisałem o tym nieco wyżej)

07 - Czapka niewidka. Za pomocą nanodrutów umieszczonych wewnątrz mikroskopijnych aluminiowych rurek stworzono tkaninę 10 razy cieńszą niż papier. Zakrzywia ona falę świetlną w ten sposób, że owinięty w nią obiekt staje się praktycznie niewidzialny. Niestety jest tak delikatna jak cienka :-)

08 - Stevan Schuster, profesor biochemii ogłosił, ze udało mu się zrekonstruować 80% genomu wymarłego przed wiekami mamuta włochatego. Dokonał tego za pomocą sierści ze szczątków kilku osobników. Fajna sprawa tyko że nic w tym odkrywczego. Kosztowało to pewnie wiele pracy ale czy na prawdę podnieca kogoś, że obliczono kolejny ciąg dla liczby Pi ? Tego typu praca to po prostu mozolne obliczenia, które zleca się komputerom i czeka. Dzięki wzrostowi wydajności tych ostatnich, przyjdzie nam zapewne łyknąć jeszcze nie jedną taką rewelację typu że komuś udało się policzyć coś szybciej.

09 - Przeprowadzone w ubiegłym roku badania (dot. społeczeństwa USA) pokazały, że procent potrafiących zrozumieć naukę wzrósł z 17 do 25%. W praktyce oznacza to, że tyle Amerykanów może cokolwiek wynieść z lektury naukowych stron w prasie. Czyli że amerykanie, w brew pozorom, mądrzeją :-) no to jest coś wartego odnotowania

10 - najstarsze szczątki rodziny. W liczącym 4600 lat grobie znajdowały się szkielety: kobiety, mężczyzny i chłopców w wieku około 8 i około 5 lat. Na podstawie badań DNA ustalono, że młodsi byli potomstwem pary. To dość kuriozalne odkrycie bowiem czego ma dowodzić? Że już 5000 lat temu znano instytucję rodziny ?

No przepraszam bardzo jeśli to są przełomowe osiągnięcia naukowe 2008 r. to nie wiem czy w ogóle potrzebuję jeszcze udowadniać tezę że żyjemy w okresie zastoju jeśli nie wręcz zacofania cywilizacyjnego.

CDN …

Jestem Homofobem ?



(Uwaga - jest to wpis historyczny w ramach akcji przenoszenia wpisów ze starego bloga do bloggera)

Krótko i na temat.

Jestem człowiekiem niebywale liberalnym, w tym również niebywale liberalnym obyczajowo.Może to kogoś tu zgorszy ale jak ktoś lubi z owcą i owcy to nie przeszkadza to i mnie nie przeszkadza. Mimo to nieustanne próby przedstawienia różnego typu zboczeń jako po prostu tzw. odmiennych orientacji uważam za zwykłą hipokryzję i próbę zagadywania tematu.

Nie mam nic przeciwko nawet najdziwniejszym praktykom w dowolnych konfiguracjach ale nazywajmy rzeczy po imieniu - homoseksualizm to nie to samo co jakieś eksperymenty par mieszanych i próby udowadniania, że wszystko jest w normie bowiem heteroseksualiści posługują się czasem tymi samymi technikami, to czystej wody bzdura i demagogia.

Prześladowanie kogoś za upodobania jest oczywiście rzeczą naganną, penalizacja zachowań seksualnych o ile zaangażowane są w nie osoby świadome, dorosłe i dzieje się to bez przymusu jest rzeczą głupią, ale próby ustalenia normy biseksualnej jest działaniem całkowicie katastrofalnym. Gej czy lesbijka to nie są źli ludzie, ani przestępcy ale prezentowana przez nich postawa w zakresie związków nie jest i nigdy nie powinna być przedstawiana jako normalna.